Publicystyka

Dezubekizacja czyli o imposybilizmie partii rządzącej. Studium przypadku

Niewielu znajdziemy polityków, czy szerzej – osób publicznych, które broniłyby PRL. Jeszcze mniej takich, którzy broniliby peerelowskich organów bezpieczeństwa, ich pracowników i współpracowników. Instytucje te odpowiadają za represje, przemoc i morderstwa. Ich pracownicy zaś za rozmaite afery gospodarcze i patologiczną sieć powiązań biznesowo-politycznych po 1989 r.

Środowiskiem, które te powiązania najaktywniej tropi jest szeroko rozumiany obóz PiS. Dość przypomnieć publikację „Resortowe dzieci” – kilkutomowe dzieło dziennikarzy sympatyzujących z tym ugrupowaniem, którego jeden z tomów poświęcono właśnie służbom. Poza tym politycy obozu rządzącego i przychylni im dziennikarze chętnie sięgają po argument bezpieczniackiej przeszłości wobec politycznych oponentów. Można by zatem uznać, że środowisko PiS dostrzega zagrożenia, jakie niesie ze sobą funkcjonowanie w aparacie administracyjnym oraz życiu publicznym osób powiązanych ze służbami bezpieczeństwa PRL.

W tym kontekście dziwić musi jak niewiele zrobiono, by zagrożenia te zneutralizować. W całym okresie rządów PiS (uwzględniając lata 2005-2007) wprowadzono trzy regulacje uderzające w były aparat bezpieczeństwa PRL. Tylko jedna z nich – nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej z 2018 r., przyniosła oczekiwane skutki w postaci oczyszczenia dyplomacji z pracowników
i współpracowników organów bezpieczeństwa PRL. Rozwiązanie w 2006 r. WSI, jako bezpośredniego kontynuatora wojskowych organów bezpieczeństwa PRL, nie dało podobnych efektów. Rząd PO-PSL nie kontynuował bowiem weryfikacji żołnierzy i pracowników b. WSI, przywracając ich w znacznym procencie do służby i pracy. Z kolei ustawa dezubekizacyjna, obniżająca wysokość emerytur, dotknęła tylko funkcjonariuszy cywilnych organów bezpieczeństwa PRL i wyłącznie w aspekcie finansowym. Należy się spodziewać, że przepisy te, wątpliwe pod względem prawnym, zostaną prędzej czy później uchylone, a budżet państwa obciążą odszkodowania dla osób nimi dotkniętych. Z kolei projekt nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych z 2019 r., uznający pracę i współpracę z organami bezpieczeństwa PRL za bezwzględną przeszkodę w uzyskaniu dostępu do tajemnic państwa, utknął w gąszczu procedur i chyba nie ma już szans na realizację. Podobnie jak pomysły z roku 2017 szerokiej lustracji administracji publicznej.

Jako podsumowanie tej części rozważań narzuca się refleksja, że rządy tzw. „dobrej zmiany”, tak antykomunistyczne w swoich deklaracjach, uczyniły bardzo niewiele, by wyeliminować wpływy wywodzących się ze służb bezpieczeństwa PRL klik. Te zaś, mimo upływu ponad 30 lat, istnieją realnie i wciąż mogą mieć destrukcyjny wpływ na naszą rzeczywistość, o czym świadczy opisany niżej przypadek.

W lipcu 2019 r. ze stanowiska dyrektora Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego zwolniony został, kierujący nią od 17 lat, Bogusław Tyka. Zwolniony dyrektor to barwna postać. W roku 1977 wstąpił do służby w Ludowym Wojsku Polskim. Ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie i do roku 1986 służył w jednostkach liniowych. Na własną prośbę, jak wynika z informacji prasowych, przeniesiony został do struktur Wojskowej Służby Wewnętrznej czyli kontrwywiadu wojskowego. Odbył stosowne szkolenia, po których zabezpieczał kontrwywiadowczo m. in. 32 Pułk Zmechanizowany w Kołobrzegu i 3 pułk Mostowy w Płocku.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że Wojskowa Służba Wewnętrzna zaliczona została do organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego. Oficerowie obiektowi, do których Tyka się zaliczał, rozumieli pojęcie kontrwywiadu szeroko. Można było znaleźć się w ich zainteresowaniu z powodu posiadania rodziny za granicą lub praktyk religijnych. Werbowali do współpracy groźbą i szantażem, nie gorzej niż ich koledzy z SB.

Transformację ustrojową Bogusław Tyka przeszedł gładko. Bez problemów odnalazł się w szeregach Wojskowych Służb Informacyjnych. Pracował na terenie Łodzi, zabezpieczając kontrwywiadowczo łódzkie zakłady zbrojeniowe. Tam mógł zetknąć się z Leszkiem Koniecznym – szarą eminencją i skarbnikiem łódzkiej postkomunistycznej lewicy, zatrudnionym w Wojskowych Zakładach Lotniczych. Pewne jest, że panowie świetnie się znali i kiedy Konieczny w 1994 r. został dyrektorem generalnym Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego zaproponował Tyce stanowisko szefa Wojewódzkiego Inspektoratu Obrony Cywilnej. Funkcje tę Tyka stracił podczas rządów AWS.

Wkrótce jednak jego protektor, który w 2002 r. został członkiem zarządu województwa łódzkiego odpowiedzialnym za służbę zdrowia, po raz kolejny podał mu pomocną dłoń. Tyka został zastępcą dyrektora, a następnie dyrektorem jednego z łódzkich szpitali, później zaś, aż do 2019 r. – pogotowia ratunkowego.

Przed objęciem stanowisk w służbie zdrowia musiał rozstać się z mundurem. Odchodząc w końcu lat 90. miał ponad 20 lat służby, a zatem prawo do wojskowej emerytury w wysokości
ok. 50 % ostatniego uposażenia.

Po zwolnieniu w 2019 r. Bogusław Tyka nie pozostawał zbyt długo bez zajęcia. W maju 2020 r. znalazł kolejną pracę. Początkowo na umowę na zastępstwo, a od listopada 2020 już na umowę o pracę, zatrudniony jest w Wydziale Edukacji Urzędu Miasta Łodzi. Zapewne i tym razem zadziałały stare bezpieczniacko–komunistyczne układy, wszak nadzór nad oświatą sprawuje w Łodzi SLD. W innych okolicznościach osoba nie mająca żadnego doświadczenia w tym zakresie nie mogłaby zostać uznana za posiadającą kwalifikacje do pracy na stanowisku głównego specjalisty w Oddziale Organizacji Szkół Publicznych. Zwłaszcza, że z uzyskanych w trybie dostępu do informacji publicznej dokumentów wynika, że Tyka miał konkurenta.

Co prawda wymagania określone w ogłoszeniu o naborze na to stanowisko nie były zbyt wyśrubowane – nie obejmowały np. znajomości ustawy prawo oświatowe, ale już zakres zadań obejmuje pełne spektrum nadzoru nad szkołami oraz Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Tak więc stawiający pierwsze kroki w dziedzinie nadzoru nad oświatą Bogusław Tyka m.in.: „przewodniczy komisjom egzaminacyjnym dla nauczycieli ubiegających się o stopień nauczyciela mianowanego; sprawuje nadzór merytoryczny nad Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego; nadzoruje szkoły publiczne dla młodzieży i dorosłych; analizuje i zatwierdza arkusz organizacji placówki”. To tylko kilka ważniejszych punktów z jego obszernego zakresu czynności.

Być może zatrudnienie Tyki to jeden z wielu przypadków patologii jaka ma miejsce w mieście, np. zatrudnianie radnych w miejskich spółkach. Narzuca się jednak pytanie: czy przysługa jaką mu wyświadczono, zatrudniając go na dość wysokim stanowisku (główny specjalista), ma także i ten cel, by pilnował on właściwego doboru kadr w łódzkich szkołach średnich. Wszak bolszewicka maksyma głosi, że „kadry decydują o wszystkim”. Mamy prawo tak podejrzewać.

Mamy zatem sytuację, że po 6 latach rządów tzw. zjednoczonej prawicy, w warunkach toczącej się w kraju wojny kulturowej, której celem jest młodzież, prawo pozwala, by na awans zawodowy nauczycieli naszych dzieci i konkursy na dyrektorów placówek wpływał były oficer organów bezpieczeństwa PRL. Jakże śmiesznie brzmią w tym kontekście rozmaite antykomunistyczne deklaracje polityków obozu rządzącego.

Sprawa ta ma także inny jeszcze aspekt. Od końca ubiegłego roku władze miasta forsują redukcję zatrudnienia szkolnego personelu administracji i obsługi. Rządząca oświatą lewica uderza w najsłabszych: woźne, szatniarki, sprzątaczki. Argumentem jest brak środków spowodowany m. in. zbyt niską subwencją oświatową. Rządzące oświatą SLD wymusza w szkołach zwolnienia i redukcję uposażeń. Jednym z proponowanych rozwiązań jest np. zwolnienie osób posiadających uprawnienia emerytalne. W tym samym czasie w Wydziale Edukacji azyl znajduje Bogusław Tyka, który wszak posiada uprawnienia emerytalne i na dodatek nie ma pojęcia o zarządzaniu oświatą. Mało tego, z jego profilu w mediach społecznościowych wynika, że posadę w Wydziale Edukacji godzi z funkcją dyrektora ds. świadczeń zdrowotnych w spółce „Fel-Med” – czy aby nie kosztem tej pierwszej? Trudno o przykład większej hipokryzji i zakłamania.

Opisany przypadek jak w soczewce pokazuje zarówno nieudolność obozu rządzącego jak i uwikłanie w komunistyczno-bezpieczniackie sitwy i całkowite zdeprawowanie koalicji rządzącej miastem. Pod decyzją o zatrudnieniu Bogusława Tyki podpisała się prezydent Hanna Zdanowska. Właśnie rozpoczęła się walka o usunięcie jej z urzędu. Może warto rozważyć wsparcie tej inicjatywy, bo każdy dzień sprawowania władzy przez tę ekipę to realne straty dla miasta i jego mieszkańców.

Jan Kowalski

Floating Social Media Icons by Acurax Wordpress Designers