Publicystyka

Historia magistra vitae est, czyli słów kilka o powstaniu warszawskim

Tuż przed 70. rocznicą wybuchu powstania warszawskiego przez media przewija się – jak co roku – dyskusja o słuszności jego wybuchu. Przeciwnicy powstania – jak Piotr Zychowicz czy Sławomir Cenckiewicz – są odsądzani od czci i wiary. Czy słusznie?

Piotr Gursztyn w tekście, który miał być polemiką z tekstem Sławomira Cenckiewicza kwestionującym sens wybuchu powstania, w zasadzie ograniczył się do kalumni.  Stwierdził m.in., że: „Krytycy Powstania z kręgu miłośników tzw. real-politik są świetni w krytykowaniu. (…) Ich racja życia polega na odnalezieniu ważnego elementu narodowej przeszłości oraz tożsamości i następnie na dekonstrukcji. (…) Chyba można to nazwać specyficzną formą nihilizmu. Podpierają się cytatami konfabulantów bądź zwariowanych ekscentryków.”

Polską tradycją jest kult dla powstań, zwłaszcza dla tych przegranych oraz jakże częste zapomnienie tych wygranych. Im krwawsze powstanie – tym większa chwała dla nas. Wynika to chyba z totalnego niezrozumienia tego, czym było Powstanie Warszawskie. Najlepiej chyba oddał to Heinrich Himmler:„Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że ci Polacy to robią. W ciągu pięciu-sześciu tygodni pokonamy ich. Ale wtedy Warszawa – stolica, głowa, inteligencja tego (…) narodu, będzie starta. (…) Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym.”

I właśnie te słowa najlepiej oddają sens tego co wydarzyło się przez 63 dni Powstania. W jego wyniku zginęła elita młodej Polski. Elita stara zginęła już wcześniej w Katyniu i Palmirach. Ci, którzy nie zginęli w Powstaniu, zginęli w ubeckich kazamatach albo znaleźli się na emigracji. Słowem, jednym z następstw Powstania Warszawskiego jest wewnętrzna słabość narodu, wręcz niespotykana wśród innych narodów bloku wschodniego.

Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Powstanie wygrali… komuniści. Bo właśnie nadszarpnięcie niemieckich sił rękoma przedwojennej Warszawy, w konsekwencji łatwe jej zdobycie stało się początkiem stosunkowo łatwego skomunizowania Polski po 1945 roku. Z żywą Warszawą i Armią Krajową byłoby to znacznie trudniejsze. Czy „Solidarność” powstałaby w 1956 roku? Nie jest to miejsce na snucie historii alternatywnych, ale z żywymi ofiarami powstania (i w ogóle akcji „Burza”, przeprowadzanej wbrew instrukcjom Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego) raczej niemożliwe byłoby dogadywanie się z komunistami, które miało miejsce w 1989 roku. Niemożliwe byłyby też nienormalne zachowania, które są dziś obserwowane w naszym życiu publicznym, a które zostały umożliwione zastąpieniem przedwojennych elit – tych z zasadami – przez postpeerelowskich „wykształciuchów”.

Nie mogę też nazwać inaczej niż bajdurzeniem twierdzeń, że powstanie„musiało wybuchnąć i już” i teraz cicho, bo kwestionując zasadność powstania obrażamy ofiary, kombatantów etc. W tym miejscu przypomnieć należy łacińską maksymę: Historia magistra vitae est, czyli Historia jest nauczycielką życia.Jeżeli zgłębianiu dziejów prócz szacunku dla poświęcenia naszych przodków nie będzie towarzyszyła refleksja – popełnimy te same błędy, które popełniono 70 lat temu i sprowokujemy kolejną hekatombę, na którą nas najzwyczajniej nie stać.

Dlatego w godzinę „W” zastanówmy się nie tylko nad rozmiarem ofiar i cierpień warszawiaków, ale też nad tym, co te cierpienia przyniosły.  Chyba najlepiej oddał to generał Władysław Anders: „Czujemy się mali wobec bohaterstwa Warszawy. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność…”

Kamil Klimczak

Please follow and like us:
Social Media Integration by Acurax Wordpress Developers