Publicystyka

Jaki samorząd?

Przy okazji zbliżających się wyborów samorządowych, wszyscy przypominają sobie o grzechach samorządowców: korupcji, nepotyźmie, kolesiostwie. O tym, że na nic nie ma pieniędzy. O tym, że zadania gminy za szerokie, wpływy do budżetu za małe… Może to dobry czas żeby zastanowić się nad strukturalną reformą samorządu terytorialnego?

Większość polskich polityków zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że wprowadzony w 1999 roku podział administracyjny kraju jest wadliwy. Problem w tym, że jakakolwiek „grzebanina” przy nim oznacza drastyczny spadek poparcia społecznego dla tego, kto takiej reformy się podejmie. Co jakiś czas pojawią się koncepcje np. całkowitej likwidacji powiatów i powrotu do systemu wprowadzonego przez Edwarda Gierka, czyli 49 województw. Bo właśnie powiaty są tutaj główną kością niezgody.

Po pierwsze, jest ich zbyt dużo. Razem z tzw. powiatami grodzkimi jest ich 380, czyli jeden powiat przypada średnio na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównania: we Włoszech i Portugalii jeden powiat (prowincja, dystrykt) przypada na 500 tysięcy mieszkańców. Oczywiście, idzie tu o jak największą liczbę stołków do obsadzenia, bo samorząd jest blisko ludzi raz na 4 lata – przed wyborami. Gdybym wyszedł na ulicę i zapytał się przypadkowych przechodniów, jak nazywa się starosta zgierski, prawdopodobnie siedmiu na dziesięciu nie potrafiłoby udzielić odpowiedzi. Przekłada się to na finanse – wpływy są często zbyt małe (spójrzmy chociażby na malutki powiat poddębicki czy łaski) w stosunku do zadań.

Po drugie, za dużo jest też województw. W pierwotnym założeniu miało ich być dwanaście, ale wskutek nacisków wewnętrznych i zewnętrznych powstały takie efemerydy jak województwo opolskie czy świętokrzyskie. Zmniejsza to efektywność wykonywanych przezeń działań.

Po trzecie, wadliwy jest system. W sytuacji, gdy prezydent miasta jest z PiS, starosta z PSL, a marszałek województwa z PO, dochodzi częstokroć do konfliktów i np. obcinania dotacji wojewódzkich. Konieczne są zmiany ustawowe, które zmuszą samorządowców różnych szczebli do współpracy oraz zmiany w mentalności lokalnych polityków, by pierwszym kryterium przy ocenie różnych inicjatyw była zbieżność z interesem lokalnej wspólnoty, a nie barwy partyjne.

Bez tego pozostanie nam jeździć po dziurawych drogach, chodzić po krzywych chodnikach i raz na cztery lata oddać głos na ludzi, którzy – choć mają być najbliżej ludzkich spraw, są tak naprawdę najbliżej spraw swoich kolesi z partii…

Kamil Klimczak

Please follow and like us:
Animated Social Media Icons by Acurax Responsive Web Designing Company