Łódź

Koniec z apolitycznością łódzkich uczelni publicznych

Po ujawnieniu licznych afer z udziałem swoich pierwszoplanowych polityków Platforma Obywatelska próbuje ratować wizerunek przesuwając ich „bohaterów” na odległe miejsca list wyborczych. Dotychczasową łódzką jedynkę – Cezarego Grabarczyka, oskarżonego o posiadanie nielegalnego pozwolenia na broń- zastąpił prof. Włodzimierz Nykiel, który już zapowiedział, że nie zamierza zrezygnować z funkcji rektora Uniwersytetu Łódzkiego ani przed rozpoczęciem kampanii wyborczej, ani w wypadku wyboru na posła. Jak się to ma do zasady apolityczności uczelni, której majestat reprezentuje właśnie rektor?

Problem z apolitycznością łódzkich uczelni publicznych pojawił się już wcześniej – choć poprzednio kaliber był znacznie mniejszy, a profesor Nykiel nie występował solo, lecz w gronie innych rektorów łódzkich szkół państwowych. Chodzi o poparcie, którego Włodzimierz Nykiel, a także Stanisław Bielecki (Politechnika Łódzka), Paweł Górski (Uniwersytet Medyczny) i Cezary Sanecki (Akademia Muzyczna) udzielili przed wyborami Hannie Zdanowskiej.
Tym razem urzędujący rektor przyjął propozycję kandydowania z pierwszego miejsca listy Platformy Obywatelskiej w wyborach do Sejmu, co wywołało duże kontrowersje na uczelni. Pojawiły się głosy, że rektor powinien poprosić Senat Uniwersytetu Łódzkiego o możliwie szybkie rozpisanie przedterminowej elekcji, bo jedynka na łódzkiej liście Platformy to niemal gwarantowany mandat. Sam zainteresowany nie dostrzega problemu. Zasłaniając się innymi przypadkami godzenia funkcji (prof. Ryszard Górecki do dziś łączy funkcję rektora Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i posła), zastrzega, że sam lawirowałby pomiędzy uczelnią a parlamentem tylko kilka miesięcy.
I choć Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego informuje, że żadne przepisy nie zabraniają łączenia funkcji, a zastrzeżenie jest tylko jedno – agitacji wyborczej rektorowi nie wolno prowadzić w miejscu pracy, to oponenci rektora zwracają uwagę, że jest jeszcze coś takiego jak kodeks dobrych praktyk w szkołach wyższych, przyjęty kilka lat temu przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (prof. Nykiel jest członkiem prezydium KRASP). Kodeks nie odnosi się wprost do takiej sytuacji, jak start rektora w wyborach, ale wyraźnie mówi, że rektor nie powinien korzystać z autorytetu uczelni do budowania publicznego wizerunku, a tym bardziej nie może wykorzystywać uczelni do prowadzenia kampanii politycznej.

Profesor Nykiel zapewnia, że w kampanii nie będzie wykorzystywał pozycji rektora, ponieważ w tej roli nie reprezentuje uniwersytetu, a własną osobę. Jednak jak chce doprowadzić do tego, by wyborcy rozdzielili jego osobę z pełnioną z wyboru funkcją Jego Magnificencji największej łódzkiej uczelni, a przy okazji największego pracodawcy w Łodzi – nie wiadomo.

Źródło: www.dzienniklodzki.pl

Źródło obrazka: http://www.uni.lodz.pl/ouni/wladze

1 KOMENTARZ

  1. Trochę z igły widły. Apolityczność uczelni to mit od zawsze. Apolityczność dotykać powinna kwestii dorobku naukowego, „awansowania” w światku. Uniwersytet był miejscem swobodnej wymiany myśli często i gęsto politycznej, dopóki nie dobrali się do tego poprawni politycznie debile. Jeden z najlepszych łódzkich prawników profesor Michał Seweryński był ministrem szkolnictwa wyższego w rządzie PIS i jakoś nikt nie robił halo, chyba nawet łączył mandat z pracą na Uni. Racja jest w tym, „że rektor nie powinien korzystać z autorytetu uczelni do budowania publicznego wizerunku” ale nic się z tym nie zrobi jeśli chce się profesorów wciągnąć do Sejmu.

    Sprawa w sumie wydaje się jasna: platfusy POprawiają wizerunek a profesor pewnie chce dorobić do pensum. Z drugiej strony gdzie jak gdzie ale specjalistów na uczelniach nie brakuje a kwestia wykonywania łącznie mandatu i pobierania kasy z uczelni za trzymanie katedry mogłaby się jednak trochę inaczej kształtować 🙂

Komentarze są wyłączone.

Floating Social Media Icons by Acurax Wordpress Designers