Łódź Publicystyka

Łódzkie włókniarki przeciw komunie

15 lutego 1971 roku, na długo przed powstaniem „Solidarności”, sukcesem zakończył się strajk łódzkich włókniarek. Było to pierwsze, bezkrwawe zwycięstwo społeczeństwa nad komunistyczną władzą PRL – dziś już prawie zapomniane, podobnie jak jego bohaterki i bohaterowie. Historia łódzkich strajków to także wspomnienie lat świetności „miasta włókniarzy” (i włókniarek!). Dziś, na miejscu dawnych zakładów pracy stoi centrum handlowe „Manufaktura”.

12 grudnia 1970 roku władza „ludowa” wprowadziła podwyżkę cen mięsa i innych produktów spożywczych. W konsekwencji doszło do głośnych wystąpień pracowników na Wybrzeżu. Mimo krwawo stłumionych demonstracji, 41 ofiar śmiertelnych i ponad tysiąca rannych, podwyżka cen została utrzymana. W tym samym czasie, w Komitecie Centralnym PZPR Edward Gierek zastąpił na stanowisku I sekretarza całkowicie nieudolnego Władysława Gomułkę. Legendarnym sloganem tamtych czasów stały się słowa towarzysza Gierka rzucone do stoczniowców: „No jak towarzysze, pomożecie?”. Szybko jednak okazało się, że gierkowskie „pomożecie?” nie wystarczy, by pomóc nowej władzy.

Łódź_Majewski_fabryka_PoznańskiegoŁódź była niegdyś tętniącym życiem „miastem włókniarzy”, a właściwie włókniarek, gdyż to kobiety stanowiły większość pracowników zakładów przemysłu lekkiego. Warunki pracy nie należały jednak do lekkich: niemal połowa urządzeń fabryk włókienniczych pochodziła sprzed II wojny światowej, zaś co piąta maszyna pamiętała czasy sprzed I wojny światowej. Włókniarki pracowały na akord, w zapylonych halach, a pracownice tkalni musiały wpychać sobie watę do uszu, by nie ogłuchnąć od nadmiernego hałasu. Duża śmiertelność noworodków w Łodzi była skutkiem tego, że wiele kobiet pracowało prawie do końca ciąży. Co więcej, często zatrudniano je wbrew ich kwalifikacjom, na najniższych stanowiskach – brygadzistami byli prawie wyłącznie mężczyźni, odnoszący się nierzadko w sposób arogancki do swoich podwładnych. Bezpośrednim powodem łódzkich strajków była jednak obniżka płac za styczeń (nawet o 300 zł), która w połączeniu z podwyżkami cen żywności stawiała wiele łódzkich rodzin w bardzo trudnej sytuacji.

10 lutego 1971 roku stanęły maszyny łódzkich Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego. W ślad za pracownicami „Marchlewskiego” do strajku włączyła się także załoga Łódzkich Zakładów Obuwia i Wyrobów Gumowych „Stomil”. Liczba strajkujących 13 lutego przekroczyła 10 tysięcy pracowników. Do 15 lutego strajkowały m.in. zakłady przemysłu bawełnianego im. Dzierżyńskiego, im. Harnama, im. Dubois, a także zakłady przemysłu wełnianego, dziewiarskiego i metalowego – w sumie około 55 tys. osób w 32 zakładach. Doszło także do zamieszek w centrum miasta, na ulicy Piotrkowskiej. Postulaty strajkowe dotyczyły wysokości cen i podwyżek pensji, złych warunków i organizacji pracy, nawiązywały także do niedawnych wypadków na Wybrzeżu. Jedna ze strajkujących pracownic „Marchlewskiego” mówiła:

„Proszę panów, drżę ze strachu, chcę wrócić spokojnie do domu, do dzieci. Jest jednak wiele spraw do załatwienia. Czy u nas musi być tyle kierowników i dyrektorów? Jak trzeba naprawić maszynę, to nie ma nikogo, silniki się palą. Wezmę 100 zł do rzeźnika, kupię pół kilo mięsa, kaszanki i pieniędzy nie ma.”

Choć wiedza o strajkach była powszechna, media nie wspomniały o nich ani słowem. Lokalnym władzom partyjnym nie udało się załagodzić sytuacji. 12 lutego do Łodzi przybył więc sam wicepremier Jan Mitręga. Spotkanie nie przyniosło oczekiwanych przez władze rezultatów. Gdy delegaci partyjni zaczęli namawiać włókniarki do przerwania strajku, część kobiet zaczęła płakać. 14 lutego do Łodzi przyjechała kolejna delegacja, tym razem z nowym premierem Piotrem Jaroszewiczem. Spotkanie z włókniarkami „Marchlewskiego” odbyło się w świetlicy zakładowej, uczestniczyło w nim ponad tysiąc osób. Jak wspominają świadkowie, Jaroszewicza wraz ze świtą powitano pieśnią „O cześć wam panowie magnaci”, a następnie odśpiewano „Jeszcze Polska nie zginęła”. Na zadane przez Jaroszewicza pytanie „Pomożecie?” nikt nie odpowiedział. Według jednej z relacji, jedna z pracownic miała pokazać premierowi gołe pośladki. Delegacja partyjna wycofała się po tym, jak jedna z kobiet wyrwała premierowi mikrofon.

Następnego dnia, wieczorem 15 lutego, władze ogłosiły obniżkę cen mięsa i pozostałych artykułów żywnościowych, do poziomu sprzed grudnia 1970 roku. Zdymisjonowano także I sekretarza komitetu łódzkiego PZPR Józefa Spychalskiego. Cel, jaki przyświecał buntującym się robotnikom z Wybrzeża, został osiągnięty przez kobiety z Łodzi. Według historyków, władze szykowały siły gotowe do interwencji. Jednak największym atutem łódzkich strajków był właśnie wizerunek bezbronnej kobiety: na Wybrzeżu dochodziło do fizycznych starć z siłami rządowymi, tymczasem strajkujące łodzianki opowiadały o dzieciach, których nie były w stanie nakarmić.

Strajk włókniarek to jedyne wystąpienie poprzedzające powstanie „Solidarności”, któremu uległa komunistyczna władza. Niestety, nie zajęło w pamięci Polaków i łodzian należnego miejsca. Co gorsza, jedynym środowiskiem, które upomina się o pamięć o łódzkich włókniarkach jest Krytyka Polityczna – szkoda, że wykorzystuje historię strajkujących kobiet, by walce z komunistycznym reżimem nadać charakter walki płci.

Dziś po zakładach „Marchlewskiego” nie ma już śladu. W 1991 roku Minister Przemysłu zdecydował o ich likwidacji, a w 1998 roku dokonano ich „prywatyzacji”, tzn. większość akcji spółki, do której należały Zakłady, przypadła w udziale francuskiej firmie Apsys Management. 17 maja 2006 roku, na miejscu ponad stuletniej fabryki otwarto centrum handlowe „Manufaktura” i hotel sieci Andel’s. Na pamięć o wydarzeniach lutego 71’ roku nie ma tu już miejsca – podwójnie smutne podsumowanie transformacji.

źródła: Przemysław Waingertner „Łódzkie włókniarki 71′. Bunt kobiet” 2013

Marta Niemczyk

Customized Social Media Icons from Acurax Digital Marketing Agency