Publicystyka

Malwina Gogulska: Był sobie Nobel

Od lat 80 nagroda w kategorii literatura opatrzona nazwiskiem słynnego wynalazcy pikuje sobie prosto w ziemię jak mały, oskubany ptaszek. Być może jest to wynikiem coraz bardziej pauperyzującej się kultury pisarskiej na świecie, która dziś ma już zupełnie inne zadania niż jeszcze pół wieku temu.

Teraz nikt nie wymaga od literatury misji poruszenia serc do czynu, literatura nie ma też takiego wpływu na rzeczywistość konstruując konkretne postawy w społeczeństwie, nie jest dla człowieka emblematyczna tak jak chociażby w Polsce w czasie powstań.
To co dzieje się wokół kreuje nowych literatów, nie odwrotnie, dlatego może tak ciężko dziś znaleźć pisarza o jasnym celu twórczym, nie korzystającym z kalek. Świat nie jest aktualnie dobrym podajnikiem inspiracji, wydaje się, że wiele namieszała tu rzeczywistość wirtualna.

Może niektórzy pamiętają ten szok i niedowierzanie kiedy w 1996 roku gruchnęła informacja, że to Wisława Szymborska, a nie Zbigniew Herbert dostanie złoty medal i 7 mln koron szwedzkich. A to właśnie Herbertowi wszyscy wróżyli ten zaszczyt. Herbert, który przedstawiał w swojej twórczości znaczenie klasyki, w swój własny, pełen kontrapunktów system poetycki przenosił ducha cywilizacji łacińskiej. Ale projekt pt. ,,marsz przez instytucje” jak widać zawitał też w komisji noblowskiej. Już Miłosz w roku 1980 przy szwedzkiej ambonie wygłosił mowę w której bardzo pilnował języka by nie wypaplać, że wcale nie czuje się Polakiem, a Litwinem. W jednym z ostatnich wywiadów opowiadając o swoich litewsko-polskich koneksjach oburzony odparł ,,Co to są Kresy? Polska to była dla mnie Kresy”.
Miłosz to jest jednak ,,małe miki” przy antypolskiej i właściwie antykulturowej zbieraninie beneficjentów współczesnych nagród literackich. Poeta z Wilna był bądź co bądź przedstawicielem elity umiejącym posługiwać się mniej nachalnym językiem, jakkolwiek krytycznie nie spojrzeć na jego wynurzenia o formacji NSZ i innych kwestiach bliskich sercu każdego Polaka.
Olga Tokarczuk, która jest do kości maglowana na uniwersytetach, nie kryje się ze swoją pogardą dla polskiego historyzmu, nie krępując się wypisywać dla zagranicznych gazet swoich osobistych wynurzeń, przedstawiając je jako obiektywne.
Pani Olga nazywa nas ,,kolonizatorami” i ,,mordercami żydów”, nie omieszkała wygarnąć nam wyimaginowanego ,,niszczenia środowiska”. Właściwie to można by było na tym zakończyć omawianie tego noblowskiego fenomenu, bo kiedy ktoś znający historię nie tylko Polski ale też powszechną czyta tego typu impertynencje, migają mu przed oczami sceny z Sybiru, z łagrów, z frontów wojennych, z lasów po 45 roku i nóż mu się w kieszeni otwiera.
Nie należy być bezkrytycznym wobec przeszłości, bo stare oklepane słusznie przysłowie mówi, że warto uczyć się na błędach, ale na litość – miejmy wiedzę, a nie własne ,,wydaje mi się”.

Pani Olga weszła również jedną nogą w breję polityczną i światopoglądową, promując wśród przyszłych elit, studentów głównie, tęczową i wegańską awangardę. To akurat na milę widać w jej twórczości, której nie chciałam tutaj dotykać ale zwyczajnie się nie da. Można śmiać się ze słów Grzegorza Brauna nazywającego Tokarczuk ,,wiedźmą” ale jeśli ktoś czytał chociaż jedną z wczesnych książek autorki, po chwili namysłu przyzna, że określenie to pasuje jak ulał.

Okultyzm w ożywionym wyżej niż człowiek świecie flory i fauny jest tutaj aż nadto widoczny, nie brakuje opisów dziwacznych perwersji związanych z obcowaniem z naturą. Dotykane są też kwestie wiary ale Pani Olga lubuje się raczej w tematyce sekt i wypacza sens tradycyjnego pojmowania chrześcijaństwa. Ma to może jakąś zręczność słowną, przypomina instrukcję świadomego śnienia ale żadnej wartości kulturowej.

Prestiż całego przedsięwzięcia, które to Nobel chciał powołać ,,dla dobra ludzkości” spadł już rok temu, gdy dowiedzieliśmy się o aferze seksualnej związanej z jednym z członków komisji. Taki mamy dziś obraz ,,elit” i nie dziwmy się, że ten upadek autorytetu odbija się na dojrzewających pokoleniach, które mogłyby budować dalej cywilizację a robią coś zgoła odwrotnego, niszczą ją już od korzeni. Naprawdę nie mamy w Polsce wielkich pisarzy? Wydaje mi się, że określenie ,,wielki pisarz” wybrzmiało echem wraz z odejściem do chmur Henryka Sienkiewicza i Władysława Reymonta. Da się to naprawić?

Malwina Gogulska

Please follow and like us:
Animated Social Media Icons by Acurax Wordpress Development Company