Historia i Kultura Publicystyka

Milczenie

Milczenie – na początku już mam ochotę postawić cichą kropkę, ale podejmę się próby interpretacji tego okrutnego intelektualnie filmu. Scorsese zawsze stawia widza nad przepaścią, w surrealistycznej czasoprzestrzeni, w najmniej odpowiednim momencie. Ten dziwny zwrot akcji nie dociera do mnie w pierwszej chwili i na tym polega chyba moja dziwna fascynacja tym reżyserem. Nieoczywiste, pozornie odległe dla przeciętnego umysłu historie poruszają jakieś głębokie i wstydliwe struny w człowieku, ale może dlatego jest to po prostu piękna… manipulacja?
Nie pierwszy raz Scorsese wziął się za tematykę religijną, wcześniej było okrzyknięte bluźnierczym ,,Ostatnie kuszenie Chrystusa”, które jednak nie zostało jednoznacznie potępione przez świat katolicki (nie wiem dlaczego). Tam jednak, pomimo podszeptywania Jezusowi modyfikacji przesłania ewangelicznego, Zbawienie dokonuje się i Chrystus wraca na krzyż. W Milczeniu natomiast nie mamy zbawienia. Muszę przyznać, że pod koniec tego trzygodzinnego obrazu, byłam tak zszokowana, że prawie się popłakałam. Takich rzeczy nie robi się w kinie.

Zapomniałam jednak, że to nie Mel Gibson, tylko Scorsese, który nakręcił Zakazane Imperium. Bezwzględny artyzm tego filmu może przysłonić jego racjonalny odbiór, a to jest ogromny błąd. Przez całe 2,5 godziny byłam pulsującą galaktyką myśli, zapomniałam o świecie obok, istniało tylko to co dzieje się na ekranie. Film jest niezwykle konceptualny, pobudza każdy fragment mózgu do szukania, odpowiadania za bohatera, kontrargumentowania i ciągle jest za mało… Za mało jest treści w tym bogatym od słów filmie, za mało jest konkretów, przykładów, argumentów – chciałoby się ustami ojca Rodriguesa krzyczeć o św. Pawle, o sensie zwątpienia w Ogrójcu i o istocie przyjęcia kielicha. Tego w dyskusjach z apostatami nie znajdziemy. A ostatecznie o ten krwawy kielich ofiarny chodzi w dziele Scorsese, którego główny bohater nie przyjmuje.

To nie jest film wierzącego katolika (no bo sorry… Scorsese?) – to film człowieka, który błądzi gdzieś pomiędzy czar-drzewem a rozumnym spojrzeniem na wrota kościoła. Scorsese próbuje wydobyć z religii filozofię, nie prawdziwego Boga. Takie kino staje się pożywką dla ateistów, którzy szukają w filmie prawdy o tej religii a znajdą tylko interpretację autora, który… nie jest katolikiem i o dogmatach wiary nie ma żadnego pojęcia a chrześcijaństwo wydaje mu się tylko dobrym tematem do artystycznego wykazania się.

Tak, film merytorycznie jest powierzchowny ale artystycznie tak piękny, że trudno włożyć te odblaskowe okulary i z chłodną ręką podkreślać na czerwono karygodne błędy w próbie wyjaśnienia czym jest chrześcijaństwo.
Szczerze? Jak głupia wierzyłam do ostatniego momentu, że jednak ojciec Rodrigues wytrwa i przyjmie kielich. Bo cały film bazował na umęczonym obliczu Chrystusa, którego bohater widział w najtrudniejszych momentach swojej misji. UWAGA: Film ostatecznie podważa sens męczeństwa – w moim odczuciu, Chrystus zostaje podeptany w imię wolności ludzi od cierpienia i bólu. Pierwszy i stary jak świat stopień do bezpodstawnego zwątpienia i odrzucenia Boga.

[SPOILERY]

 Film ostatecznie podważa sens męczeństwa – w moim odczuciu, Chrystus zostaje podeptany w imię wolności ludzi od cierpienia i bólu. Jezuita wyrzeka się go aby uratować Japończyków od powolnej śmierci – co wg reżysera jest aktem największego poświęcenia. Poświęcenie własnej miłości do Boga i wyrzeczenie się go jest według Scorsese szlachetniejszym cierpieniem niż poświęcenie dla miłości Boga własnego życia. Jest to absolutne bluźnierstwo.

,,Zbawiani będziemy pojedynczo” jak pisał Herbert w wierszu ,,U wrót doliny” i pomimo tego, że w katolicyzmie Chrystus może objawić się w drugim człowieku, nie oznacza to, że BĘDZIE CHRYSTUSEM. Ufność wobec Boga nie może być zachwiana cierpieniem, ponieważ to właśnie Bóg zginął za nas cierpiąc. Antropocentryzm religijny wylewa się nie tylko z dokumentów II Soboru ale wychodzi też z wielkich ekranów. Gdyby ojciec Rodrigues nie ugiął się – zginąłby ze współwyznawcami i cieszył się chwałą przy boku Najwyższego po wieczność. Gdyby zaufał, że jest tylko prochem marnym, który po śmierci dopiero zaczyna istnieć. Ojciec Rodrigues nie zaufał Bogu, odsunął od siebie kielich, nie umarł, żeby mieć życie wieczne. Nie miał też woli podsycania nadziei w innych, to Japonka prowadzona na tortury przekonywała go o fantastycznej perspektywie przejścia do raju. To jego towarzysz, ojciec Garupe umiera razem z ludźmi, których ewangelizował, biorąc za tą ewangelizację pełną odpowiedzialność.

Fakty były bardziej wyraziste niż to nakreślił reżyser w Milczeniu. Większość księży przybywających do Japonii w XVI i XVII wieku było niezłomnymi krzewicielami wiary.  Święci są księża, którzy oddali życie po tzw. procesie w Nagasaki. Ponad 300 tysięcy chrześcijan żyło ówcześnie w Japonii. Prześladowania zaczęły się oczywiście od ludzkiej słabości:  Kobiety odmawiały bycia konkubinami a to nie podobało się urzędnikom.  Bunt przeciw chrześcijaństwu zawsze miał punkt zapalny w hedonizmie. Przez 200 lat Kościół w Japonii żył w podziemiu aby odrodzić się i trwać do dziś.
Niektórzy wysnuwają wnioski, że film ukazał jakim błędem było ,,ewangelizowanie na siłę” obcej kultury. Ludzie jednak nie odróżniają chrześcijan od bolszewików.  Rozumiem, że misjonarze nawracali tych biednych ludzi sierpem i młotem, okrutnie ich torturując psychicznie i fizycznie?
Poza tym historyczny ojciec Ferrara, owszem wyrzekł się Boga i wtopił w społeczność buddyjską ale po wielu latach nawrócił się i zginął wyznając Chrystusowi winy, powieszony do góry nogami, z głową w dole śmierci.
Nawet jeśli przyjmiemy  perspektywę tego dziwnego cierpienia o. Rodriguesa, logika nas ustawi do pionu – jezuita naraził się na wieczne potępienie w imię wolności ludzi, którzy i tak musieli wyrzec się wiary i żyć bez sakramentów do końca życia, skazał więc na potępienie nie tylko siebie. Można powiedzieć, że wyrwał ich Bogu z objęć siłą. Gdyby umarł z nimi potwierdziłby sens przyjęcia kielicha, który jest kluczem Ewangelii. Nic nie usprawiedliwia więc  Scorsese z takiej konkluzji, nawet na tle końcowej sceny i dedykacji ,,dla japońskich chrześcijan”.  Miałoby to jeszcze może sens, gdyby ojciec Rodrigues po ,,formalnej apostazji” nadal sprawował potajemnie Msze Święte, przemycał chrześcijańskich kupców z Holandii i udzielał sakramentów. Scorsese go wykorzenił, na sam koniec, po wszystkich przyprawiających o dreszcze fantastycznych migawkach dowodów niezłomności wiary w prostych ludziach.

Przyznaję – do końca wierzyłam, że Martin mi tego nie zrobi… niestety to był tylko piękny sen…Daję filmowi 7 na 10 i uznaję za wzruszający traktat o ludzkiej wrażliwości, który jest kolejnym fałszywym obrazem katolicyzmu, nic poza tym.

Malwina Gogulska

Animated Social Media Icons by Acurax Responsive Web Designing Company