Publicystyka

Pan Doktor Bieda

Odpowiedź na artykuł „Pan doktor gbur” z czasopisma studenckiego „Pod prąd”. Komentarz o służbie zdrowia z obu punktów widzenia.

 

W majowym tekście Marta Szudarska ukazała podejście pacjentów do służby zdrowia. Mimo iż wniosek brzmiał, iż „ludzie są różnie wychowani”, w dobranych scenkach dominował obraz kulturalnych medyków pomiatanych, wyzyskiwanych i nierozumianych przez niedokształcone społeczeństwo. Jedyny moment wytchnienia stanowiły wizyty w czyściutkich mieszkaniach poukładanych ludzi, którzy ekipę medyczną żegnają słowami „Z Bogiem, moje dzieci”. Przy takim obrazie pretensje o gburowatość lekarzy wydają się absurdalne, wytłumaczalne tylko „głupotą tego świata”. W końcu skończyliśmy studia medyczne, ratujemy życie, tylko głupiec mógłby okazać niewdzięczność za naszą pracę.
Z punktu widzenia pacjentów kwestia wdzięczności nie jest tak oczywista. Posłużmy się scenkami rodzajowymi.

Na oddziale interny sale i korytarze zapełniają obłożnie chorzy ludzie. W większości osoby starsze i niedołężne. Prośba o wodę to dla niektórych misja niemożliwa do spełnienia. Dosłownie. Syn siedzi przy umierającym ojcu. Mija jedna godzina, dwie, na oddziale cisza jak makiem zasiał. Chorzy dyszą w upale, nieudolnie poprawiają pościel. Kiedy umiera ojciec mężczyzny, w sali nagle pojawia się salowa (której dotąd nikt nie wytłumaczył, że w umywalce chorych nie myje się mopów) – O, znowu zgon! – woła z wyrzutem. Będzie musiała pościelić łóżko. W pokoju lekarskim panuje sielska atmosfera. Gdy wchodzi syn zmarłego, grono właśnie wybucha śmiechem po usłyszanym dowcipie.
Właściwie, jaka w tym ich wina? Co lekarza obchodzi chamstwo salowej? Jaki on ma wpływ na warunki w szpitalu? Przecież wniosek jest oczywisty: niewykształcona salowa obniża poziom służby zdrowia. Finansowanie idzie z góry, nie każdym chorym da się zajmować 24h/7. Co ma zrobić lekarz?

Wyobraźmy sobie inny oddział tego samego szpitala. Na chirurgii praca wre. Nie ma możliwości, by pacjent leżał spragniony, bo pielęgniarki zawsze mają coś do sprawdzenia na odcinku. Uwijają się jak w ukropie, pomagają chorym podnieść się, pójśc do toalety, poprawić opatrunek czy przebrać. W międzyczasie wpadają do dyżurki na szybką kawę. Owszem, są takie, co znikają tam na dłużej niż trzeba, ale to uciążliwe wyjątki. Chociaż operacje odbywają się jedna za drugą, lekarze mają stały kontakt z pacjentami i pielęgniarkami. Oddział pracuje wbrew cięciom finansowym i osobowym. Nie ma wątpliwości, że to efekt dbałości ordynatora. Efekt kontroli sytuacji ze strony lekarzy. Efekt odpowiedzialnej pracy.

Tymczasem w przychodni czeka 23-letnia kobieta. Przez ból kręgosłupa ma problem ze wstawaniem. Nie chce zajmować Panu Doktorowi czasu. Zależy jej tylko na recepcie na lek przeciwbólowy. Chce rano iść do pracy, a żadne pigułki jej nie pomagają. Pan Doktor wypada z gabinetu 15 min. przed końcem pracy. Jest oburzony, że recepcjonistka go zatrzymuje: – NIE MAM CZASU! Jadę do drugiej pracy! Trzeba było się umówić!!!
Pacjencie, trzeba było nie chorować, nie płacić składek i nie oczekiwać, że lekarz na państwowym etacie będzie wykonywał swoją pracę kompetentnie. Za takie pieniądze? Leczyć można, ale tylko prywatnie. Tylko jaka w tym wina pacjenta? To pacjent niby nie pracuje?

Czy można inaczej? Mnie osobiście lekarze traktują bardzo uprzejmie. Jednak dopiero od momentu, gdy pokazuję książeczkę zdrowia studenta medycyny… Studia medyczne wydają się uprawniać do osądzania reszty społeczeństwa. Prestiżowy papierek jest traktowany jak przepustka do swego rodzaju kliki mensowiczów, prześmiewców wszystkiego, co „gorzej wykształcone”. Wyjątkowy zawód zamiast zobowiązaniem wobec ludzi stał się powodem do wywyższania się ponad nich. Nic dziwnego, że ta druga postawa pozbawia medyków autorytetu.
Sądzę, że pogarda rozwija się z zawyżonych oczekiwań. Obserwuję to już na studiach. Młodym ludziom medycyna wydaje się kopalnią złota, źródłem splendoru, a także choć coraz rzadziej chwalebną misją. Świadomość wyjątkowości zwiększa jednak oczekiwania nie wobec siebie, ale wobec świata. Jeszcze nie skończyliśmy studiów, a już oczekujemy wyrazów wdzięczności wobec środowiska, większych zarobków, uznania, szacunku. Chcemy, by całe społeczeństwo nas doceniało i rozumiało i jeszcze, by znało się na procedurach i problematyce medycznej, tak samo jak my.
Czegoś takiego nie uświadczymy w żadnym zawodzie.
Pomiatanie, lekceważenie, wyzysk, ignorancja, gburowatość – to nie są problemy służby zdrowia, lecz każdego środowiska. Inne są jedynie warunki, inne skale wyzysku, inne rodzaje ignorancji. W przypadku lekarzy w odmiennej perspektywie oceniamy zarobki. Polscy doktorzy patrzą przy tym na pensje amerykańskie i płaczą. Do kogo mamy pretensje? Do kraju czy do siebie? Bo jak w kraju ma się dziać prawidłowo, gdy jego czołowa grupa intelektualna swoich podopiecznych nazywa „głupotą świata”? Ile z czasu poświęconego na żale i skargi dałoby się przeznaczyć na walkę o wspólne dobro? Co z hipokratejską zasadą: należy nienawidzić chorobę, nie chorego? Czy nie wolno nam głupoty traktować jak chorobę?
Pacjent nie zachowuje się nadzwyczajnie domagając się lepszego traktowania. Lekarze domagają się zrozumienia, a sami nie potrafią go okazać osobom starszym, słabiej wykształconym, nieświadomym. Zamiast formułować pretensje, nauczmy się tłumaczyć. W żadnym innym zawodzie niska płaca, długie godziny pracy, zmęczenie i brak satysfakcji nie jest usprawiedliwieniem dla lekceważenia klienta – w dodatku chorego! Wiedza i talent zobowiązują do cierpliwości. Lekarz-autorytet to nie lekarz-bieda, wieczna maruda, jedyna ofiara systemu, największy pokrzywdzony.
Ponieważ dano nam więcej, więcej się od nas wymaga. Może warto wspomnieć na tę prawdę, zanim podejmiemy się wykonywania najpiękniejszego zawodu świata.

LP

Please follow and like us:
Social Network Integration by Acurax Social Media Branding Company