Publicystyka

Patologia współczesnej „demokracji”

Polska to państwo, w którym demokracja odegrała niewątpliwie bardzo dużą rolę w całej historii swojego istnienia. Począwszy od czasów I Rzeczypospolitej, aż po III RP szeroka tradycja demokratyczna była i jest podzielana przez większość stronnictw politycznych. Każda z sił politycznych rozumiała demokrację na swój sposób, jednak w latach 40-tych w Polsce pojawił się szczególnie patologiczny sposób rozumienia tej formy sprawowania władzy. Dał on początek zjawiskom, które w istocie są zaprzeczeniami demokracji, czyli indywidualizmowi i dyktaturze mniejszości.

Jednym z głównych założeń większości entuzjastów demokracji było wzbudzenie poczucia odpowiedzialności szerokich mas ludzkich za dobro wspólne oraz ich aktywizację społeczną. Taki cel stawiali przed sobą również pierwsi endecy, którzy chcieli rozwoju narodu jako całości, a nie (jak większość ówczesnych stronnictw politycznych) rozwoju poszczególnych klas lub warstw społecznych. Ich głównymi założeniem były uświadomienie narodowe, zintegrowanie i zaktywizowanie wszystkich warstw Polaków. Wówczas pewne elementy demokracji były niezbędne, aby móc realnie myśleć o zrealizowaniu tych celów.

 W latach 40-tych na sowieckich bagnetach została przyniesiona do Polski nowa „demokracja”. Bolszewicy, którzy w swoim kraju umiłowali dyktaturę proletariatu postanowili wprowadzić w podporządkowanych państwach demokrację ludową. W ten sposób powstały tzw. demoludy, czyli m.in. PRL. Władza w demoludach zdecydowanie bardziej przypominała bolszewicką dyktaturę proletariatu niż którąkolwiek z wcześniejszych demokracji, nie przeszkadzało to komunistom w głoszeniu kultu „demokracji”.

 Ówczesny system był w istocie dyktaturą proletariatu. W praktyce jedynie przedstawiciele klasy robotniczej lub chłopi mieli szanse na rozwój, stali się nową elitą, której zadaniem było stworzenie nowego społeczeństwa. To właśnie robotnicy i chłopi mieli rządzić i robili to, była to dyktatura konkretnych klas, a nie władza narodu.

 Po transformacji komuniści zmienili swoje oblicze. Stali się „socjaldemokratami”, zniknęło ZOMO i ścieżki zdrowia. Okazało się, że prawdziwymi obrońcami „demokracji” są właśnie ci, którzy przed 1989 rokiem zwalczali ludzi walczących o wolność i niepodległość, a cała reszta to „tłum spod Jasnej Góry”, który narzuca innym swój światopogląd. Dziś niezwykle „wolnościową” i „demokratyczną” postawę prezentują dzieci dawnych ubeków, którzy znaleźli swoje miejsce w mainstreamowych mediach III RP.

 Starzy komuniści i ich następcy nie zboczyli jednak ze swojego marksistowskiego dogmatu „rewolucji”. Zmienił się tylko jej przedmiot. Współczesne środowiska lewackie o wiele rzadziej podejmują tematy ekonomiczne i pracownicze, o wiele częściej mówią o wszelkiego rodzaju mniejszościach – głównie seksualnych. Lewactwo XXI wieku wypaczyło również sposób rozumienia demokracji. Według nich głównym jej elementem nie jest już wola większości, ale obrona interesów… mniejszości. Dyktatura proletariatu przepoczwarza się w dyktaturę mniejszości, a więc nie zmieniły się podstawowe zasady marksizmu. Nastał marksizm kulturowy.

 Ten sposób myślenia dominuje obecnie wśród większości „elit” III RP. Właśnie ta wypaczona „demokracja” stała się wyznacznikiem myślenia liberalno-lewicowego mainstreamu. Kult „demokracji” doprowadził do wielu sprzeczności. Najlepszym tego przykładem była sytuacja, która miała miejsce niedługo po Marszu Niepodległości, kiedy wielu znanych dziennikarzy stwierdziło, że nie będzie zapraszać do swoich programów „faszystów”. Źródłem tego typu sytuacji jest zbudowana przez ideowe dzieci komunistów poprawność polityczna, która zastąpiła wcześniejszą propagandę PRL-u. Ten proceder powinien być dla nas wszystkich przestrogą i bodźcem do działania w obronie tradycyjnych wartości, które są ewidentnie zagrożone przez destrukcyjne ideologie lewackie.

Hubert Kowalski

Please follow and like us:
Animated Social Media Icons by Acurax Responsive Web Designing Company