Historia i Kultura Publicystyka

Polska jak Ekstraklasa, czyli piłkarski poker w prawdziwym świecie

Ktoś zapyta: czy można porównywać Polskę do piłkarskiej Ekstraklasy? Ja odpowiem, że jak najbardziej. Oczywiście są pewne ograniczenia, bo prezesi ligi nie są politykami i nie muszą prowadzić agitacji politycznej (chyba, że przed Radą Nadzorczą spółki). Nie mają też własnej armii, ustroju, czy dyplomacji, jednak w pewnych bardzo ważnych punktach państwo i liga mają zbieżne kompetencje. Chodzi oczywiście o sprawy budżetowe, rozwojowe, czy nawet infrastrukturalne. Poza tym takie porównanie stanowi niejako studnię analogii, a także pewnych dysonansów dotyczących np. zarządzania, straconych szans, a nawet opinii społecznych na poszczególne tematy. Z tychże względów pozwolę sobie porównać sytuację państwa polskiego z realiami rodzimej piłki.

PKO Bank Polski – sponsor tytularny Ekstraklasy, państwowa spółka / zdjęcie: Onet.pl

       Według raportu UEFA pt. „The European Club Footballing Landscape” przychody Ekstraklasy za rok 2017 wyniosły 152 mln euro. Mimo to tak wielki budżet nie pozwala na odpowiednie wyniki sportowe, jako że nasza liga sezon 2020/21 rozpocznie na… 32. miejscu w krajowym rankingu UEFA. Puchary europejskie dla polskich klubów w obecnym sezonie to prawdziwy koszmar. Poradziły sobie w nich gorzej nawet od drużyn z Gruzji, Armenii, czy Łotwy. Jeśli chodzi z kolei o sytuację w naszym państwie, to może jeszcze nie jest tak źle, ale głównie przez zarządzanie m.in. państwowymi spółkami, idziemy w złym kierunku. W obydwu instytucjach pojawiają się więc te same problemy: złe rządy, a także niewykorzystywanie nadarzających się szans. Takimi „szansami” dla polskiej gospodarki byłyby przykładowo wydajne kopalnie, cukiernie, stocznie, rolnictwo, czy odpowiednio uprzemysłowiona technologia grafenu. Niestety kolejne rządy konsekwentnie odrzucają realizację realnych pomysłów i rozbudowę sektorów na rzecz poddania ich zagranicznym inwestorom. W nieco odmienny, ale nadal zły sposób radzi sobie Ekstraklasa, bo niby są sponsorzy, dochody z praw telewizyjnych, czy nawet rentowne kluby z niskim zadłużeniem. To wszystko stanowi jednak tylko aksamitną zasłonę, pod którą znajduje się co prawda piękny, lecz drogi i nieefektywny system, na który łożymy z naszych podatków. Nasz wkład w utrzymanie klubów fundowanych bezpośrednio z budżetów miast, ma jednak małe znaczenie dla prezesów, którzy fatalnie zarządzają klubami, co przekłada się na równie złe osiągnięcia, a właściwie ich brak w poważnej piłce nożnej. Kolejni prezesi poszczególnych klubów przepłacają za zawodników, wyznaczając im za duże gaże, na które ich nie stać, a i z zadłużeniem nie jest najlepiej, co potwierdzają przykłady Wisły Kraków, która niemalże zbankrutowała na początku poprzedniego roku, a także Górnika Zabrze, również mającego problem z budżetem. Jakby tego było mało, to warto przypomnieć, że podczas wielkiej przebudowy na Euro 2012, w Polsce zbudowano wiele nierentownych stadionów, które średnio (tj. na każdy jeden klub z Ekstraklasy) mogą pomieścić ok. 22 tys. ludzi, przy średniej frekwencji wynoszącej ok. 9 tys. Według pewnych obrońców imprezy z 2012 r. przyniosła ona wielki rozgłos i szacunek Polsce. Warto sobie jednak zadać pytanie co nam po tym szacunku zostało? Wzrost liczby turystów jest w Polsce dość stały i zbytnio się on nie zmienił po mistrzostwach Europy rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, a liczne koszty oraz przekręty podczas budowy słynnych autostrad i stadionów są oczywistymi wadami, związanymi z tym wydarzeniem. Niestety póki poziom naszej ligi nie wzrośnie, to nasze obiekty sportowe będą przynosić ciągłe straty. Na to się jednak nie zapowiada…

Grafika z finansami klubów / zdjęcie: money.pl

Inna, bardzo ważna kwestia – temat szkolenia polskich piłkarzy – bywał już wielokrotnie omawiany, a jego cechy są fanom polskiej piłki nożnej znane aż za dobrze. Skutkuje owe szkolenie tym, że wielu naszych piłkarzy jest topornych i z techniką mają oni na bakier. Z tego też powodu największe sukcesy odnoszą głównie polscy bramkarze i obrońcy, choć oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak Lewandowski, Zieliński, Milik, czy inni. Eksperci również widzą wspomniany problem, którego objawem jest ściąganie, jak to się popularnie mówi „szrotu zza granicy”. Stwierdzenie to godzi co prawda w godność ludzką, ale ma ono jak najbardziej realne przełożenie na rzeczywistość. Prezesi polskich klubów patrzą często przez pryzmat jednego sezonu, czy nawet rundy, a nie w dłuższej perspektywie, dlatego ich zdaniem lepiej jest dać szansę (kupić) staremu obcokrajowcowi, który i tak wkrótce zakończy karierę lub wyjedzie za lepszymi pieniędzmi, niż młodemu Polakowi – przyszłości danego klubu. Wcześniej wspomniana postawa objawia się również przymrużeniem oka na rozwój akademii piłkarskich i szkoleniu talentów w Polsce, które, jak już wielokrotnie historia pokazała, zapewniają wielki zastrzyk finansowy. Bywa on nieraz tak wielki, że kwota takiego transferu przewyższa o kilka milionów złotych sumę pieniędzy otrzymywaną za cały sezon (nawet za mistrzostwo!). Podobnie sytuacja wygląda w państwie polskim. Rządy patrzą bardzo krótkowzrocznie i działają tak, jakby na ostatni dzień ich rządów przypadał koniec świata [hiperbola]. Z tego powodu wolą sprowadzać miliony imigrantów, którzy nie spowodują znaczącego rozwoju naszego państwa i Narodu, a wręcz przeciwnie. To Polacy na tym najbardziej stracą, ponieważ pracodawca nie będzie ich szanował, np. pod względem finansowym, bo wie, że na dane miejsce pracy znajdzie się kilku innych Ukraińców, czy Hindusów, a dochodzą jeszcze kwestie asymilacji i „dodatków” socjalnych, z których Ukraińcy z obywatelstwem polskim zaczynają już korzystać. A to dopiero początek. Niestety, mimo iż problem sprowadzania słabych piłkarzy zza granicy do Ekstraklasy jest zauważany niemalże przez wszystkich ludzi zainteresowanych piłką nożną, to już niewielu Polaków widzi zagrożenie w masowym sprowadzaniu imigrantów, bo przecież wielu z nich jest chrześcijanami. Być może jest to prawdą, ale nie można nie zauważyć, że Ukraińcy mają inną kulturę i historię, w której to na piedestał wynosi się nieraz np. banderowskich zbrodniarzy. Oznacza to, że im więcej jest Ukraińców i im bardziej są oni pewni swego, to zwiększa się szansa na napady i rozróby wymierzone w stronę Polaków. Na szczęście stanowimy jeszcze w naszym kraju zdecydowaną większość, pytanie co wtedy, jak to się zmieni?

„Znak ostrzegawczy kibiców”
Tak wygląda sytuacja wielu polskich klubów – nie dość, że są na noszach, to mogłyby nawet upaść, gdyby nie dofinansowania miast lub państwowych spółek / Zdjęcie: Onet.pl

Kończąc, problemy polskiej piłki to w sporej mierze problemy również całego kraju. Kłopoty występujące na obszarze całego kraju często odciskają również swoje piętno na rodzimej lidze piłkarskiej, a wymienione w powyższym artykule problemy, to tylko luźny wstęp do całej masy nadużyć i patologii. Ta sytuacja powinna się zmienić, bo przecież naszym sportem narodowym jest w końcu piłka nożna, a silna sytuacja naszej ligi, to i silna Polska. Wybornym przykładem są kluby angielskie, które po wypracowaniu swojej marki sprzedają ją po całym świecie, zarabiając przy tym ogromne pieniądze zasilające także budżet Wielkiej Brytanii. Przy okazji promowania marki, to niestety w niejednym meczu Premier League można ujrzeć na opaskach kapitańskich 7-kolorowe, tęczowe pasy, które niestety kłują w oczy. Może jest to jeden z powodów, przez które obiekty sportowe naszej ligi goszczą tyle tysięcy ludzi w każdej kolejce, nie wspominając np. o patriotyzmie lokalnym? To wszystko jest jednak tematem na zupełne inne rozważanie o poprawności politycznej w sporcie, którą tak bardzo się uskutecznia tylko dla zarobienia dodatkowych petrodolarów. Pozdrawiam sz. Czytelników i z Panem Bogiem!

Rafał Bartosiewicz

Social Network Widget by Acurax Small Business Website Designers