Historia i Kultura Publicystyka

Prawda czasów, prawda ekranu?

Przewodniczący Rady Miejskiej Tomasz Kacprzak (PO), wraz z partyjnym kolegą Mateuszem Walaskiem, z niepokojem pytają swą partyjną koleżankę Prezydent Zdanowską, kto będzie decydował o wyjściu uczniów łódzkich szkół na seans „Smoleńska”. Radni mają poważne wątpliwości co „do wartości artystycznej tego filmu i jego zgodności z prawdą historyczną”. Być może słusznie. Szkoda tylko, że nie zgłaszali podobnych zastrzeżeń przed premierą „Pokłosia” i „Człowieka z nadziei”.

6 września radni Platformy przedstawili Prezydent Łodzi interpelację, w której wyrażają swoje zaniepokojenie działalnością „sieci kin mających na celu przekonanie szkół do organizacji wyjść uczniów pod opieką nauczycieli na projekcie filmu”[1]. Chodzi oczywiście o „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauze, który trafił do kin w ostatni piątek.

Od razu zaznaczam: sama jestem sceptyczna wobec pomysłu wysyłania uczniów na seans „Smoleńska” jak na film dokumentalny (portal wPolityce.pl nazywa go „paradokumentalnym”[2]). Nie obawiam się o jego wartość artystyczną – tej bowiem nie ma 3/4 najnowszych produkcji kinowych. Wystarczy wspomnieć nieszczęsną „Bitwę Warszawską” Hoffmana, w której postać generała Rozwadowskiego pojawia się chyba tylko z przyzwoitości, zaś wartość artystyczna dzieła pozostawia wiele do życzenia i nawet pupil salonów Olbrychski, w pierwszoplanowej roli bohaterskiego Piłsudskiego, nie ratuje sytuacji. „(…)trudno uznać treści tego filmu za element programu szkolnego jak np. ekranizacje lektur szkolnych” – piszą o „Smoleńsku” radni PO. Zgoda. Tyle, że to samo można było rzec o „Człowieku z nadziei”, jednak politycy Platformy nie zgłaszali zastrzeżeń przed jego premierą.

Stanowisko przedstawicieli PO nie zaskakuje. Dużo bardziej szokujące jest stwierdzenie redaktora Lucjana Strzygi, który porównuje „Smoleńsk” do „Historii Roja” (auć!). „Film Krauzego jest kolejnym, po „Historii Roja”, przykładem kinematografii „dobrej zmiany”. Potwierdza też tezę, że kino zawsze jest odbiciem poglądów polityków będących u władzy.”[3] – śmiała teza. Cóż za błyskotliwe spostrzeżenie. Jaka bystrość umysłu! A tak na poważnie: czy kiedykolwiek było inaczej? „Czterej pancerni i pies”, „Żołnierz Zwycięstwa” (1953) idealizujący postać generała Świerczewskiego; „Trzy opowieści” (1953), czyli zmagania młodzieży z brygad „Służba Polsce” – z UB na straży i „reakcyjnym” podziemiem w tle; poprzednia ekipa rządząca – ta „demokratyczna” i „obywatelska” – robiła dokładnie to samo, lansując dogodną dla siebie wersję historii. Pomijając wspomnianego przeze mnie „człowieka z teczki”, redaktor Strzyga zauważa już całkiem przytomnie: „To wtedy Władysław Pasikowski nakręcił „Pokłosie”, którego ładunek ideologiczny w niczym nie ustępuje „Smoleńskowi”, a „Ida” Pawła Pawlikowskiego, mimo zdobytego w Los Angeles Oscara, w sporej części społeczeństwa wywołała po prostu oburzenie. Kto i kiedy zadecydował, że jedni mają być moralnie i artystycznie lepsi od drugich?”

Film – jakkolwiek kontrowersyjny – ma prawo obejrzeć każdy i nic nikomu do tego. Poziom artystyczny? O gustach się nie dyskutuje. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy taki film zaczyna się przedstawiać jako film niemalże dokumentalny. „Sama katastrofa smoleńska nie jest kontrowersyjna. Wydarzyła się i należy podać fakty! Mam nadzieję, że kiedy młodzi ludzie będą dyskutować o takich wydarzeniach” – mówi minister edukacji Anna Zalewska[4]. Z tym, że o Smoleńsku mówi się nieustannie – nie tylko na zajęciach szkolnych. Dobrze, że się dyskutuje – szkoda tylko, że poziom dyskusji jest żenujący. Słowo „dyskusja” przewiduje zresztą istnienie odmiennych punktów widzenia, zaś film „paradokumentalny” nie pozostawia przecież wiele miejsca na wątpliwości. Nie sądzę, aby fabularyzowany, pełen dramaturgii obraz miał w jakikolwiek sposób przekonać sceptyków, podnieść poziom dyskusji o przyczynach katastrofy, czy przysłużyć się należytej pamięci o ofiarach. Wszystkich ofiarach.

Złośliwi, którzy twierdzą, że narodowcy to „straż przyboczna prezesa Kaczyńskiego”, będą niepocieszeni – uważając się za narodowca, mam cichą nadzieję, że tej jesieni, nauczyciele chętniej zabiorą uczniów do kina na dwie polskie premiery: długo wyczekiwany „Wołyń” Smarzowskiego i „Ostatnią Rodzinę” Matuszyńskiego poświęconą rodzinie malarza Zdzisława Beksińskiego. O ile o Smoleńsku mówi się nieustannie, o tyle o Wołyniu czy Beksińskim – znacznie za mało. Który z filmów jest wart uwagi? O tym i tak zdecydują widzowie i nic do tego politykom Platformy, która najwidoczniej traktuje ludzi jak bezmyślnych idiotów.

[1] http://uml.lodz.pl/radamiejska/aktualnosci/?news=31096&rok=2016-09 (dost. 08.09.2016)

[2] http://wpolityce.pl/kultura/307924-smolensk-film-paradokumentalny-krauze-pokazal-w-filmie-srodowisko-mediow-i-jego-udzial-w-zaklamywaniu-prawdy-bylo-inaczej (dost. 11.09.2016)

[3] http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/a/film-smolensk-prawda-czasu-prawda-ekranu-czyli-jak-kino-sluzylo-wladzy,10597215/ (dost. 07.09.2016)

[4] http://edukacja.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/525813,minister-edukacji-chcialabym-zeby-katastrofa-smolenska-znalazla-sie-w-nowej-podstawie-programowej.html (dost. 08.09.2016)

Marta Niemczyk

Social Media Icons Powered by Acurax Web Design Company