Niedzielni ustawodawcy

Od dłuższego czasu trwa spór o kwestię handlu w niedzielę. Część opinii publicznej oraz sceny politycznej zgłasza postulaty zamknięcia części sklepów w ten dzień, a w ostatnich dniach temat ten wszedł do głównego nurtu debaty za sprawą zgłoszonego przez związkowców z „Solidarności” projektu ustawy zakazującej prowadzenia działalności wybranych gałęzi handlu w co drugą niedzielę. Przyjrzyjmy się argumentom zwolenników oraz przeciwników, a także samemu projektowi.

Zgłoszony jesienią ubiegłego roku projekt ustawy przewiduje zakaz handlu po godzinie 14 w Wielką Sobotę i Wigilię Bożego Narodzenia oraz całe niedziele przez wszelkie placówki handlowe (również sklepy internetowe) oraz podmioty świadczące usługi na rzecz handlu (centra logistyczne, magazynowe, terminale kontenerowe, centra dystrybucyjne), a także franczyzobiorców. Wyjątkami objęto stacje paliw płynnych, piekarnie (do godz. 13), kioski (w których prasa, bilety, wyroby tytoniowe, kupony totalizatora sportowego stanowią minimum 30% obrotu), sklepy z pamiątkami (upominki lub dewocjonalia muszą stanowić co najmniej 30% obrotu), apteki, kwiaciarnie, punkty handlowe w hotelach, szpitalach, dworcach, lotniskach, promach  oraz placówki, w których handel prowadzi sam właściciel (a także podmioty świadczące usługi na rzecz handlu w tym samym przypadku). Spod zakazu wyłączono wybrane niedziele (dwie ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia, ostatnią przed Wielkanocą, ostatnią niedzielę stycznia, czerwca, lipca i sierpnia). Ponadto, zatrudnienie w Wigilię i Wielką Sobotę może odbywać się nie tylko jedynie do godziny 14, lecz także wyłącznie za zgodą zatrudnionego.

Projekt spotkał się umiarkowaną przychylnością partii rządzącej, lecz uznano zapewne, że nie warto uruchamiać kolejnego frontu, zatem ustawa zmieniła nieco kształt i w ten sposób otrzymaliśmy propozycję, jaką znamy z mediów – zakazu handlu w co drugą niedzielę.

Wicepremier, minister rozwoju i finansów, Mateusz Morawiecki, określił zmianę w projekcie jako „dobry kompromis”. Władze „Solidarności” nie kryją zadowolenia z wizji wejścia ustawy w życie, zapowiadają jednak walkę o ustanowienie wszystkich niedziel (poza wymienionymi w ustawie) wolnymi od pracy w handlu. Środowiska liberalne zaś mocno sprzeciwiają się jakimkolwiek zapisom ograniczającym handel w jakikolwiek dzień.

Tyle teorii, warto się teraz zastanowić jakie są przyczyny oraz potencjalne skutki takiego kształtu proponowanych zmian.

Trudno odmówić dobrych intencji działaczom „Solidarności”. Niestety, wygląda także na to, że brakuje im zmysłu przewidywania. Naiwnością jest myślenie, że wywalczenie „co drugiej niedzieli” będzie dobrym przyczółkiem do dalszych zmian – wręcz przeciwnie, opór wobec dalej idących reform po uchwaleniu proponowanej ustawy będzie jeszcze większy (tym większy im bardziej kulawo będzie ona funkcjonować w „połowicznej” wersji). Pod wątpliwość należy poddać sam pomysł arbitralnego ograniczania handlu w niedzielę, ale ten wątek rozwinę za chwilę.

Strategia Prawa i Sprawiedliwości wskazuje zaś na próbę upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu (zadowolenia związkowców, jednak bez wprowadzania kompleksowych zmian, które mogłyby spotęgować krytykę opozycji, która i tak bardzo mocno skierowana jest w partię Jarosława Kaczyńskiego – szczególnie, że tym razem krytyka również byłaby udziałem tzw. „opozycji konstruktywnej”). Takie podejście jednak nie ma prawa się udać. Z „co drugiej wolnej niedzieli” nie będą w pełni zadowoleni ani związkowcy, ani pracownicy, ani, tym bardziej, pracodawcy. Nawet zakładając dobre intencje polityków PiS, aby zmiany wprowadzać stopniowo, wydaje się mało prawdopodobnym osiągnięcie celu maksimum (wszystkich niedziel wolnych) stosując tę strategię. Raczej proponowany półśrodek byłby martwym punktem, niż przyczółkiem, z którego można wkrótce przeprowadzić szturm o pełną pulę.

Dość nonsensowna wydaje się sama koncepcja „co drugiej niedzieli”. Już odrzuciliśmy wiarygodność koncepcji cofnięcia się na „z góry upatrzone pozycje” przez partię rządzącą przed kolejnym natarciem. Należy spodziewać się sporego chaosu powstałego po wejściu w życie ustawy, a dokładając kwestię sztywnego ustalenia, które konkretnie niedziele mają być wolne, może to wcale nie stanowić ulgi dla osób pracujących w niedzielę. Na stanowisku, że częściowy zakaz handlu w niedzielę to rozwiązanie niewystarczające stoi także abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. „Szatkowanie czasu niedzielnego to pomysł co najmniej nieudany” – stwierdził hierarcha.

Należy się zastanowić, czy w ogóle środkiem do celu, jakim jest zwiększenie ilości osób mających wolne niedziele, jest zakazywanie handlu na mocy ustawy. Problemem z tym związanym jest ogromna trudność jasnego i logicznego zdefiniowania, kto może, a kto nie może pracować w niedzielę. Prawicowe środowiska przeciwne proponowanej ustawie wytykają takie paradoksy, jak potencjalna sytuacja dwóch kawiarni jednej sieci, z których jedna – przy miejskim deptaku – może być otwarta, a druga – w centrum handlowym – nie.

Zamiast tworzyć zakazy, lepiej tworzyć takie bodźce ekonomiczne, które będą jednocześnie zniechęcać do nadmiernego zatrudnienia w niedzielę, lecz bez konieczności „twardego” zakazywania i narażania się na paradoksy, czy luki prawne. Takim bodźcem mogłaby być reforma kodeksu pracy zakładająca bezwzględny dodatek do dniówki w wysokości 100% za święta „czerwone” (niedziele oraz główne święta państwowe) oraz 50% za święta „szare” (soboty oraz takie dni, jak Wigilia, czy 2 maja), a zatem rozwiązania zbliżone do aktualnie obowiązujących, jednak uniemożliwiające „odebrania dnia wolnego” w inny dzień bez wypłacania dodatku. Przy takim rozwiązaniu właściciel sam mógłby przekalkulować, czy opłaca mu się otwierać sklep w niedzielę. Zaletami takiego rozwiązania byłoby jednoczesne ograniczenie handlu w niedzielę oraz umożliwienie jej tym osobom, które rzeczywiście chcą pracować w weekendy (bo trudno zaprzeczyć, że istnieje znacząca grupa ludzi, której na rękę jest praca w weekendy, choć jest znacznie mniejsza niż ilość osób aktualnie pracujących w niedziele). Innym podejściem może być zróżnicowanie stawki podatku dochodowego dla firm zatrudniających pracowników w święta względem tych, które w niedziele i święta dają pracownikom wolne.

Można także zastanowić się, czy w ogóle jakikolwiek zakaz jest potrzebny, w końcu pracownicy sami wybierają sobie pracę taką, jaką chcą i państwo nie powinno ograniczać wolności zawierania umów. Otóż z tą „dobrowolnością” różnie bywa. Wielu Polaków nie może pozwolić sobie na komfort wybierania pomiędzy wieloma ofertami pracy, nawet w sytuacji „rynku pracownika”, z jakim mamy do czynienia. Spowodowane to jest przyparciem do muru braku oszczędności i konieczność szybkiego podjęcia jakiegokolwiek zatrudnienia i zapewnienia rodzinie dochodu.

Często można usłyszeć, że pracownicy mogą ustalić grafik tak, aby im odpowiadał, na przykład biorąc zmiany tylko od poniedziałku do piątku. W praktyce jednak bardzo rzadko się zdarza, aby grafik udało się ułożyć tak, aby pracownicy chcący mieć wolne niedziele, rzeczywiście nie musieli pracować w tych dniach.

Walka o wolne niedziele jawi się jako bardzo istotny postulat prorodzinny. We współczesnym, zabieganym świecie, gdy większość rodzin nie spędza wspólnie czasu, a nawet nie spożywa wspólnie posiłków, każdy dzień, wręcz każda godzina spędzona wspólnie ma zbawienny wpływ na kondycję rodzin i całego narodu. Takim dniem mogłaby być niedziela, jeżeli tylko uchwalone zostanie dobre, rozsądne, przemyślane prawo – bez półśrodków, ale też ze zdrowym rozsądkiem i dostrzeganiem zalet oraz wad proponowanych rozwiązań. Ustawa o „co drugiej wolnej niedzieli” w zamian zafunduje nam wkrótce „Budapeszt nad Wisłą” i polski rząd, śladem Viktora Orbana, rychło wycofa się rakiem z wprowadzonych zmian. Na szkodę zarówno firm, które dostosują się do nowych przepisów, jak i pracowników oraz ich rodzin.

Please follow and like us:

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*