Historia i Kultura Publicystyka

Rafał Bartosiewicz: Syjonizm chrześcijański – historia, założenia i skutki

            Wielu z szanownych Czytelników może być zaskoczonych, jako że pierwszy raz słyszą o tytułowym zjawisku. Mimo to wspomniany syjonizm stanowi poważne zagrożenie, także dla Kościoła katolickiego. Środowiska pro-żydowskie już od dekad wpływają na Kościół i próbują zdeformować jego naukę, choć, wbrew obiegowej opinii, nie wynika to z ich „wszechmocnej siły”. W każdym razie należy sobie z tego wszystkiego zdawać sprawę i uważać na wszelkie próby, jakby to powiedział polski wieszcz myśli narodowej Roman Dmowski, „zżydzenia” zarówno Kościoła, jak i naszego kraju, co już niestety się dokonuje na naszych oczach.

Zdjęcie / podgrzybem.blogspot.com

Przed omówieniem historii i samego sedna sprawy najpierw trzeba sobie wyjaśnić, czym jest syjonizm chrześcijański, a zrozumienie tego zjawiska zaprowadzi nas do odpowiedzi na wiele pytań odnośnie tak wielkiej siły lobby pro-żydowskich, właściwie na całym świecie. Polega on więc na wsparciu chrześcijan dla XIX-wiecznej idei powrotu Żydów do Palestyny (czyli dla syjonizmu), a obecna kontynuacja tego pomysłu objawia się we wsparciu dla państwa Izrael. Pierwotnym czynnikiem, który wykształtował to zjawisko było przewartościowanie się protestantów w stosunku do Żydów, co zostało spowodowane przez podniesienie rangi Starego Testamentu. Ten proces rozpoczął się więc już kilkaset lat temu, a już dziś został rozwinięty do niebotycznych rozmiarów. Reformacja zaczęła widzieć w europejskich Żydach bezpośrednich potomków i dziedziców starożytnego Izraela. Taka postawa ma swoje fundamenty w antykatolickiej postawie protestantów, którzy buntowali się przeciw wielu pomysłom i założeniom Kościoła katolickiego. Zaczęli oni np. czcić dawnych proroków, zamiast poszczególnych świętych, których „pogański” kult organizowali właśnie katolicy. Owa „więź” między protestantyzmem a judaizmem opiera się szczególnie na dwunastym rozdziale Księgi Rodzaju, gdzie Bóg obiecuje Abrahamowi, że będzie błogosławić tych, którzy błogosławią Żydów – i potępi wszystkich, którzy staną przeciw nim. Chrześcijanie ewangelikalni (później zostaną szerzej omówieni) traktują tę obietnicę bardzo poważnie i często się do niej odnoszą, jako że interpretują oni Biblię dosłownie. „Nieco” mniej mówią jednak o również historycznej postawie „ojca reformacji”, Marcina Lutra, o którym można by powiedzieć naprawdę wiele, ale ostatnią rzeczą byłoby określenie go mianem filosemity. Co prawda początkowo Luter podkreślał, iż Jezus należał do żydowskiego Narodu Wybranego i głosił, że odrzucanie Żydów przez chrześcijan i „zamykanie” ich w gettach uniemożliwia ich „poprawę”, czyli nawrócenie się na „prawdziwą wiarę” chrześcijańską. O ironio, wyrażał też nadzieję, że reformacja ułatwi ten proces nawracania, co z perspektywy historii wydaje się być co najmniej komiczne. Kiedy jednak okazało się, że Żydzi nie mają zamiaru czynić po jego myśli, Luter stał się ich otwartym przeciwnikiem. W różnych pismach wyrażał się o Żydach wręcz agresywnie, porównując ich do „diabła”,plagi” i „zarazy”, powołując się przy tym na Nowy Testament. Przykładowo, w 7-punktowym planie zawartym w traktacie „O Żydach i ich kłamstwach” (z 1543 r.), wzywał do ich napiętnowania i dyskryminacji. Postulował chociażby palenie żydowskich szkół i synagog, burzenie ich domów, czy wprowadzenie przymusowej pracy dla Żydów. Co prawda swoje wezwania Luter kierował tylko do książąt, a nie do ludności, tak, iż nie skutkowały one wezwaniem do pogromów. Chciał przekonać władców niemieckich do wypędzenia Żydów z ich krajów – tak się jednak nie stało. Monarchowie ci wykazali się politycznym pragmatyzmem i nie posłuchali Lutra, ponieważ nie chcieli tracić tylu poddanych i, przede wszystkim, pieniędzy, jakie uiszczali oni w podatkach. Przez następne wieki protestantyzm, jak już ma to w swojej tradycji, dążył swoją odstępczą drogą zepsucia i się w niej „rozwijał”, a właściwie „zwijał”. Ta mniej lub bardziej szybka ewolucja przybrała jednak na tempie, kiedy to w XIX w. pojawił się syjonizm, który energicznie wszedł do amerykańskiego społeczeństwa, czyli ówcześnie jednej z głównych ostoi protestantyzmu. W tym czasie rozpoczął się proces pewnej syntezy religii protestanckiej i syjonizmu. Nie było ku temu związkowi zbyt wielkich przeszkód, zwłaszcza że, jak już wspominałem, w ruchu religijnym zapoczątkowanym przez Lutra, bardziej niż w katolicyzmie, przywiązywano wagę do Starego Testamentu. Kiedy to więc w kościołach śpiewano o ustępowaniu „starych praw” przed Nowym Testamentem, w zborach, w których panowała literalna interpretacja Biblii, już tak nie czyniono. Proces tej „emancypacji” Starego Testamentu coraz bardziej postępował, czego skutki można dobrze zaobserwować już w pierwszych dekadach XIX w. W latach 30. mormoński prorok Joseph Smith wołał o przywrócenie Żydom ich starożytnej ojczyzny. Artykuł 10 zasad wiary Kościoła mormońskiego brzmi: „Wierzymy, że nastąpi dosłowne zgromadzenie Izraela”. Inny równie, o ile nie bardziej ciekawy dokument został wydany kilka lat później. Wtedy to pewien profesor hebraistyki na New York University wydał książkę „Wizje w dolinie, czyli ożywienie wysuszonych kości Izraela”. Autor dowodził w niej, że proroctwa zawarte w Starym Testamencie „oferują solidne fundamenty, by wierzyć, że jesteśmy teraz na progu powrotu Żydów do Syrii oraz ich wcielenia do Kościoła”. Autor tych słów nazywał się… George Bush i był stryjecznym bratem praprapradziadka prezydenta George’a W. Busha. To jednak ewangelikalny działacz William Blackstone stoi prawdopodobnie za najciekawszym wydarzeniem związanym z syjonizmem chrześcijańskim w XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych. Mowa o tzw. „Memoriale Blackstone’a”, petycji złożonej w marcu 1891 r. (sześć lat przed pierwszym w historii syjonistycznym kongresem w Bazylei!), skierowanej do prezydenta Benjamina Harrisona. Potępiono w niej prześladowanie Żydów w Rosji i zaapelowano do prezydenta Harrisona, by rząd USA wpłynął m.in. na cara Rosji i sułtana tureckiego w sprawie umożliwienia Żydom powrotu do Palestyny. Petycję podpisało ponad 400 znanych osobistości. Byli wśród nich: marszałek Izby Reprezentantów, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, przewodniczący Sądu Najwyższego i przyszły prezydent USA – William McKinley. Inne, powszechnie znane nazwiska, które zaszczyciły swoją osobą wspomnianą listę to np. J.P. Morgan, John D. Rockefeller, a także redaktorzy naczelni „New York Times’a” i „Chicago Tribune”. Działania Blackstone’a ostatecznie nie przyniosły jednak szczególnych sukcesów, choć on sam jeszcze przypomniał       o sobie w 1917 r. Wtedy to m.in. za jego namową prezydent Woodrow Wilson poparł brytyjską Deklarację Balfoura, mówiącą o ustanowieniu w Palestynie „narodowego domu” dla Żydów. Widać tutaj już pewne sukcesy „żydowskiego lobby”, które odsłania prawdziwe źródło swej siły – ewangelikanizm, czyli pewien konserwatywny nurt protestancki, który sprzeciwiał się chrześcijańskim liberałom.

            W dalszym czasie w sprawie syjonistycznej długo nie było przełomu. Co prawda Żydzi nadal zyskiwali na pozycji pod względami ekonomicznymi, politycznymi, czy społecznymi, ale to jeszcze nie było „to”. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero po II wojnie światowej, kiedy to propaganda pro-syjonistyczna wykorzystała niewątpliwą tragedię narodu żydowskiego. Zaledwie w ciągu kilku dekad udało się uzyskać spore „rekompensaty” dla późniejszego państwa Izrael, a także dla Światowego Kongresu Żydów ze strony Niemiec. Wartość tych wypłat wyniosła do 2000 r. niemalże 40 mld dolarów. Poza „uprzemysłowieniem” tragedii Holocaustu tym co najbardziej rozpędziło na Zachodzie chrześcijański syjonizm były wydarzenia z drugiej połowy lat 60. oraz z początku lat 70., które bardzo poruszyły wielu ludzi, choć głównie społeczeństwo amerykańskie. Wydarzeniem o najszczególniejszym dla chrześcijańskiego syjonizmu charakterze była wojna sześciodniowa. Wtedy to rzesze Amerykanów po prostu osłupiały.  W jednej chwili Izrael przestał być jedynie jakimś spornym skrawkiem terytorium, lecz stał się niemal dokładnie tożsamym z Izraelem z Biblii – z Jerozolimą, rzeką Jordan, Morzem Martwym, Betlejem, Judeą i Samarią. Dziwaczne pod względem terytorialnym państwo izraelskie sprzed wojny stało się teraz dosłownym uosobieniem starożytnego królestwa Izraela. Pozostałe wydarzenia, które także odbiły się na społeczeństwie amerykańskim to również: terrorystyczne ataki  na sportowców izraelskich na igrzyskach w Monachium w 1972 r. oraz wojna Jom Kippur rok później, gdy o mały włos Izrael nie został kompletnie zniszczony.  To wszystko głęboko przekonało liczne środowiska amerykańskich protestantów, że to oni (a nie sam Bóg Izraela) muszą wystąpić w roli obrońców Narodu Wybranego. Porażka Izraela, który właśnie udowodnił swoją siłę, a tym samym ulegitymizował się jako kontynuator starożytnego królestwa Izraela, oznaczałaby przecież porażkę ich własnej teologii. Z tego powodu w Ameryce często się mówi, że jedynym „pasem bezpieczeństwa” dla Izraela jest amerykański „pas biblijny”, czyli Ameryka ewangelikalna. Od tamtej pory współpraca na linii Waszyngton-Tel Awiw/Jerozolima jest coraz bardziej zacieśniana, czego dowodem jest obecność wielu organizacji pro-żydowskich, które usilnie próbują wpływać nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, ale i na politykę samego państwa, a robią to z wybornymi skutkami. Siłę lobby pro-izraelskich stanowi pozycja owych lobbystów w różnego rodzaju organizacjach, instytucjach, czy stowarzyszeniach. Jako przykład można podać 2 naprawdę wpływowe organizacje: Christians United for Israel (CUFI) oraz American Israel Public Affairs Committee (AIPAC). Pierwsza z nich – CUFI – jest w Ameryce wszechobecna, m.in. przez mobilizację pastorów i prowadzenie ogólnokrajowych akcji i imprez masowych, które mają na celu poparcie państwa Izrael. Do tej organizacji należy aż, uwaga… 7 milionów osób! Często na tych wielkich spotkaniach chrześcijanie tańczą, pociesznie przy tym wymachując flagami USA i Izraela, a także przeprowadza się różnego rodzaju wystąpienia i wypowiedzi, które można bardzo łatwo znaleźć w internecie. Poza mobilizowaniem rzesz Amerykanów do wsparcia Izraela, CUFI corocznie przekazuje temu państwu dziesiątki milionów dolarów, podobnie jak samo USA, które również obficie dokłada się na rzecz Izraela. Druga organizacja – AIPAC – zrzesza ok. 100 tys. członków. Jest ona o wiele słabsza od CUFI, jednak oba te podmioty ze sobą współpracują. Przykładem może być konferencja zorganizowana przez AIPAC w 2007 r., na której John Hagee (protestancki pastor, założyciel i prezes CUFI), który był prelegentem, stwierdził o współpracy ewangelikan z Żydami na rzecz Izraela, że jest to „małżeństwo z nadania Bożego”. Widać tutaj dokładnie dogmatyczne podejście protestantów tejże denominacji niekoniecznie nawet do samych Żydów, ale do państwa Izrael, które jest ich zdaniem kontynuatorem biblijnego królestwa z czasów Dawida, czy Salomona. To właśnie analizując obie organizacje można zauważyć prawdziwą przyczynę tak wielkiego poparcia USA dla Izraela, bo przecież CUFI jest organizacją chrześcijańską, natomiast AIPAC żydowską (tj. tworzoną przez Żydów), a dysproporcja siły na korzyść tej pierwszej jest naprawdę duża. Pokazuje to jasno kto jest głównym ogniwem we wspieraniu „sprawy żydowskiej”. Nie jest to wcale tajemnicze lobby złożone z samych Żydów, które, pomimo swej nieliczności, niepodzielnie włada całym światem. Oczywiście jest to pewien mit, legenda, która jednak ma w sobie przysłowiowe „ziarnko prawdy”. Jak sz. Czytelnicy mogli się przekonać nawet sam autor nie podważa istnienia lobby, jednak nie nazywa go „żydowskim”, lecz pro-żydowskim. Wynika to z faktu, że Żydzi, jako stosunkowo niewielki naród, mimo że dysponujący jako ogół wielkimi środkami finansowymi, a także posiadający niespotykane pokłady genetycznie uwarunkowanej inteligencji, nie byłby w stanie w aż tak przytłaczającym stopniu „okiełznać” Ameryki. Tym głównym ogniwem są sami Amerykanie, a dokładniej rzecz ujmując – chrześcijanie ewangelikalni. Za tą teorią stoją przede wszystkim liczby – aż 70 mln obywateli posiadających prawo głosu to ewangelikanie, co stanowi ok. 1/3 całego elektoratu! Dla porównania wyborców pochodzenia żydowskiego jest jedynie ok. 4 milionów, co stanowi 2% całego elektoratu. Warto też przytoczyć wynik ankiety Pew Research Center z 2013 roku. Wynika z niej, że po stronie Tel Awiwu w konflikcie izraelsko-palestyńskim znacznie więcej opowiada się ewangelikan (72 procent), w porównaniu do ogółu populacji amerykańskiej (49 procent). Wyniki te nie muszą oznaczać oczywiście pogardy dla samego państwa Izrael przez część społeczeństwa, lecz dla ich działań, co jednak nie przekłada się szczególnie na scenę polityczną. Oczywiście nie należy również zapominać chociażby o katolikach, którzy stanowią niemalże 1/4 całej populacji USA. Ta postawa przyzwolenia katolików na syjonizm może dziwić, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że katolicy są w zdecydowanej mniejszości, względem tak pro-żydowskiego społeczeństwa, które tym samym oddziałuje nie tylko na partie polityczne, ale i na nich samych. Za przykład niech posłuży nam Wojciech Cejrowski, który, przy całej sympatii autora do jego osoby, jest wielkim amerykanofilem z pewną tendencją także i do filosemityzmu. Jego postać dość dobrze pokazuje to jak w USA lobby pro-żydowskie silnie oddziałuje na wszystkich ludzi, nawet na tak gorliwych katolików, do jakich bez wątpienia należy pan Cejrowski. Wracając jeszcze na chwilę do ewangelikan warto podkreślić tylko ten konkretny nurt, ponieważ starsze nurty protestanckie, takie jak luteranizm, czy anglikanizm nie są (a na pewno nie w takim stopniu, jak ewangelikanie) syjonistami, choć oczywiście w świecie tak przepełnionym skrajnym filosemityzmem to się ciągle zmienia. Jednak to właśnie ruchy baptystów, czy zielonoświątkowców szczególnie „orbitują” wokół Żydów i to od początku swego istnienia. Dowodem na to jest Deklaracja z Jerozolimy  z roku 2006, w której to patriarchowie kościołów katolickiego, luterańskiego, prawosławnego, a także biskup anglikański odrzucili i de facto potępili syjonizm. Stwierdzili, że taka postawa podminowuje pokój między Izraelczykami, a Palestyńczykami i utożsamia Ewangelię z imperializmem i militaryzmem; że skupia się na hekatombach Apokalipsy – a nie na Chrystusowej miłości. Niestety coraz więcej kościołów jest coraz to bardziej przeżeranych przez zgniliznę syjonizmu, w tym i, nad czym szczególnie powinniśmy ubolewać, Kościół katolicki.

zdjęcie / modlitwa.pl

Mimo fundamentalnych różnic i konflikcie trwającym od samego początku istnienia chrześcijaństwa i judaizmu (który z czasem przekształcił się w tzw. judaizm rabiniczny), religie te coraz bardziej się do siebie zbliżają. Owe kontakty przybierają nie tyle pojednawczy, co wręcz przyjacielski ton. Objawia się to w kokieterii kościelnych hierarchów skierowanej wobec żydów, która jednak często pozostaje nieodwzajemniona. Dotyczy to również (a nawet w większej mierze) innych sfer życia publicznego, takich jak polityka, czy pseudo-inteligencka publicystyka, gdzie nieraz wspomina się o „cywilizacji judeo-chrześcijańskiej”, czy też, nieco ogólniej, o wielkim wkładzie Żydów szczególnie w polską kulturę. Do takiego zakłamywania rzeczywistości raczej każdy szanujący się konserwatysta zdążył się przyzwyczaić, jednak już niekoniecznie jeśli chodzi o wspomnianą wiarę, w której też doszło do pewnych „nieciekawych” rzeczy. Smutnym tego przykładem jest dokument z soboru Watykańskiego II – Nostra Aetate. Jest to deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Ustosunkowano się w nim m.in. do hinduizmu, buddyzmu, islamu, a także judaizmu i to właśnie odniesienie się autorów dokumentu do tej ostatniej religii powinno najbardziej przykuć naszą uwagę. Deklaracja ta dość niejasno i po cichu próbuje odrzucić lub zaakceptować dane poglądy, które stoją w sprzeczności z tym, co Kościół głosił przez całe swoje istnienie. Odrzuca np. oskarżenie Żydów o zabójstwo Jezusa (stwierdzono, że nie można „przypisywać winy bez różnicy wszystkim Żydom”), a także potwierdza trwałość Starego Przymierza zawartego z żydami. Ostatecznie stawia w większości jedynie pewne akcenty, które jednak idą w konkretną stronę, a skutki tych działań dość dobrze widać po wypowiedziach pewnych hierarchów kościelnych. Kierunkiem tej „wędrówki” jest oczywiście pro-żydowskość, która próbuje wkraść się do Kościoła katolickiego. Oprócz dedukcyjnego ukazania wad poruszanego problemu warto zawsze przedstawić również jego tło. Tak też jest i w przypadku dokumentu Nostra Aetate, którego to proces powstawania jest niezwykle ciekawym i zarazem bardzo niepokojącym tematem. Na pierwszy ogień zostanie wystawiony pewien kanadyjski ksiądz – Gregory Baum. Mimo podobieństwa w imieniu i nazwisku do pewnego polskiego polityka, Gregory Baum jest dalece inną postacią od wspomnianej osoby. W latach 1960-1965 pracował nad przygotowywaniem dokumentów soborowych, a szczególny udział miał właśnie przy Nostra Aetate, ponieważ stworzył on jego pierwszą wersję. Postać ta jest interesująca z powodu swojej historii – porzucił on kapłaństwo i, co ciekawe, ożenił się z byłą zakonnicą. Niestety to nie wszystko. Baum przyznał się też do stosunków homoseksualnych, które miał także praktykować… podczas prac nad soborowymi dokumentami. Tą obrzydliwą zdradę swojego powołania pieczętują jego pozostałe działania, takie jak propagowanie źle pojętego ekumenizmu, który odrzucał możliwość nawracania Żydów na katolicyzm, a także krytyka encykliki Humanae vitae, która potępiała antykoncepcję. Innym, choć już mniej odrażającym przykładem potwierdzającym fałszywość omawianej deklaracji soborowej jest niemiecki kardynał Augustyn Bea. Był on członkiem Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, który również pracował nad tak często tutaj przytaczanym dokumentem. W czasie swej działalności współpracował on ściśle z francuskim historykiem żydowskiego pochodzenia – Julesem Isaakiem, który źródła europejskiego antysemityzmu upatrywał rzecz jasna w katolicyzmie. Komentarz autora co do tego faktu jest chyba zbędny…

zdjęcie / cufi.org
Zdjęcie / mediumpubiczne.pl

Ten obszerny artykuł pozwolę sobie zakończyć pewnym wywodem odnośnie podstaw, dla których Żydzi są tak źle nastawieni wobec naszej cywilizacji. Oprę je na publikacjach profesora Kevin’a MacDonald’a, który jest psychologiem zajmującym się studiami nad etniczną aktywnością. Z tego miejsca pragnę też polecić zapoznanie się z jego twórczością naukową, a teraz przejdźmy do rzeczy. Zdaniem MacDonald’a Żydzi boją się, że jakikolwiek przejaw niezgodności z ich punktem widzenia, bycia przeciwnym ich wpływom, czy nawet oznaka antysemityzmu mogą ostatecznie doprowadzić do… Holocaustu. Tak, Żydzi boją się, że nawet najmniejszy zgrzyt, czy nieporozumienie między nimi, a innymi narodami, czy osobami mogą znowu doprowadzić do masowych pogromów ludzi tegoż pochodzenia. Skąd takie myślenie? Bardzo dobre pytanie… Prawdopodobnie zjawisko to wzięło się z niezwykle rozbudowanej teorii o dziejowym prześladowaniu Żydów, którzy musieli aż przez 2 tysiące lat walczyć o przetrwanie w tej antysemickiej Europie… Ostatecznie faktem jest jednak to, że Żydzi z tego, albo i innych powodów próbują za pomocą swoich wpływów zniszczyć naszą cywilizację, której historia stanowi przecież jeden wielki bunt przeciw nim. Dzięki temu mogą oni zneutralizować potencjalne „zagrożenie”, a zarazem wywrzeć na nas podziw i akceptację dla nich samych. Dzięki temu ich interesy pozostaną niezagrożone, a Zachód będzie się dalej pogrążał w swej dramatycznej degrengoladzie. Szczególnie w tym Zachodzie przeszkadza Żydom właśnie Kościół, który jest dla nich symbolem dziejowego przeminięcia ich cywilizacji.

Rafał Bartosiewicz

Źródła:
https://www.pch24.pl/czy-katolicki-syjonizm-trafi-do-oficjalnego-nauczania–,70770,i.html#ixzz6C5w2E9BV

https://pl.wikipedia.org/wiki/Nostra_aetate
https://www.polskieradio.pl/9/396/Artykul/2415715,Kim-sa-chrzescijanscy-syjonisci
https://en.wikipedia.org/wiki/Christians_United_for_Israel
https://wpolityce.pl/swiat/417518-syjonizm-chrzescijanski-czyli-najlepsi-przyjaciele-izraela
https://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_Luter
Plugin for Social Media by Acurax Wordpress Design Studio