Publicystyka

Wspomnienia 17.09.1939

Chciałbym zaprezentować ciekawe wspomnienia brata mojego dziadka dotyczące lat 1939-1945. Pochodzą z albumu rodzinnego i pełnią rolę opowieści snutej na podstawie zdjęć z tamtych czasów. Pominąłem fragmenty dotyczące spraw rodzinnych i opisy konkretnych fotografii pozostawiając to, co oddaje przerażający obraz Polski rozerwanej przez dwóch najeźdźców obserwowany oczami dziecka, choć spisany dopiero pół wieku później.

Dzięki tym zapiskom mamy okazję uświadomić sobie jakie osobiste dramaty spadły na ludzi w tamtym okresie. Wspominany w tekście Ojciec, a więc mój pradziadek, przed wojną był naczelnikiem poczty w miejscowości Łapy, a po zesłaniu do łagru załapał się do armii generała Andersa i przeszedł z nią cały szlak bojowy osiedlając się wreszcie w Anglii, z której już nie wrócił ze względu na grożące mu w Polsce niebezpieczeństwo ze strony komunistycznej władzy. Wymieniany natomiast z imienia Leon, brat narratora, to mój dziadek ze strony mamy. Niemcy wysłali go na roboty do Prus Wschodnich, gdzie pracował przy wyrębie lasu.

Całość tekstu świetnie odzwierciedla rzeczywistość, w jakiej znaleźli się wtedy zwykli ludzie. Każdy dzień stał się walką o przetrwanie na wszelkich płaszczyznach – zginąć można było przecież zarówno od kuli okupanta, jak i po prostu z głodu. Warto więc zajrzeć do tych wspomnień, zwłaszcza przy okazji rocznicy wspólnej napaści na Polskę przez Niemcy i sowiecką Rosję.

Dominik Stępień

Wojna.

Widziałem naszych żołnierzy idących na front. Miasto przygotowywało się do przetrwania działań wojennych. Obowiązkowo kopano schrony i przylepiano do szyb papierowe paski na krzyż po przekątnej, by w ten sposób zmniejszyć skutki pękania szkła. Piszę o tym, bo właśnie te paski na szybach do dziś kojarzą mi się z pierwszymi dniami wojny.

Mniej więcej po trzech tygodniach do Białegostoku wkroczyli Niemcy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po krótkim czasie zaczęli się zwijać i wyjeżdżać. Co to ma znaczyć? Wkrótce wszystko się wyjaśniło. Do miasta wkroczyli sowieci. Jako sojusznikom Niemcy odstąpili im zdobyte tereny wschodniej części Polski. Było to dla nas kolejnym szokiem, łagodzonym nieco rozbawieniem, jakiego dostarczyli nam Rosjanie. Zachowywali się jakby spadli z księżyca, a swojej biedy, zacofania i ciemnoty nie byli w stanie ukryć. Nasze skromne, prowincjonalne miasta jawiły im się jak kraina z bajki. Porównanie ich do Murzynów cieszących się świecidełkami nie byłoby zbytnio przesadzone.

Po wkroczeniu Rosjan pojawił się Ojciec. Pracował nadal w Łapach na swoim stanowisku. Rosjanie zaczęli normalizować życie na swój sposób. Pojawili się wojskowi agitatorzy, chodzący po domach i namawiający ludzi do przychodzenia na zebrania przedwyborcze. Po raz pierwszy Polacy zobaczyli co to jest bolszewicka propaganda atakująca ze wszystkich stron. Malowidła, dekoracje, plakaty, druki, ulotki i portrety, portrety, portrety… o rety.

Na ulice wyległy tłumy młodzieży żydowskiej z czerwonymi kokardami w klapach. Chodzili po mieście wesoło gwarząc i śpiewając sowieckie piosenki.

W poczekalni kina mieszczącego się w hotelu Ritza, przed seansem filmowym jakaś przystojna i ładna pani prowadziła coś w rodzaju zajęć świetlicowych. Uczyła sowieckich piosenek, a czasem też śpiewano coś po żydowsku. Podobno ta pani nazywała się Kamińska. Starała się mówić głównie po polsku, po żydowsku mówiła raczej mało. Przy fortepianie siedział milczący pan łysawy, o ogromnych uszach i ogromnym nosie.

Zwaliły się na moją dziecięcą głowę ciężkie problemy polityczne i narodowościowe. Wiele stereotypów myślenia, które długo się we mnie trzymały, powstało właśnie wtedy.

Jedną z ciekawszych form propagandy było obwożenie afisza na motocyklu. Motocykl prowadził sowiet, a z tyłu siedział żydowski chłopak z afiszem przylepionym do pleców. Jeździli wolno, a czasem się zatrzymywali. Za nimi biegł ogromny peleton żydowskich dzieci i podrostków. Byłem z kolegami w parku nad rzeką Białką kiedy mijał nas ten peleton. Powiedziałem: patrzcie ile zebrało się Żydów. Usłyszał to jeden z biegnących, rzucił się na mnie i pokrzykiwał: nie podoba ci się, co? Ja ci pokażę! Dał mi parę kuksańców. Broniłem się, ale nie rozwijałem bójki, bo byliśmy w zdecydowanej mniejszości. Był zaciekły i butny. Nie żywię urazy do Żydów, tym bardziej po tym, co stało się z nimi kilkanaście miesięcy później – odnotowuję powyższe fakty gwoli zapamiętania, bo wydają mi się dość charakterystyczne.

(…)

Ojciec przyjeżdżał z Łap tak, jak dawniej przez październik, listopad i część grudnia 1939 r. Na Boże Narodzenie nie przyjechał nie dając żadnych znaków.

Zaraz po świętach Mama zadzwoniła do Łap. Powiedziano jej po rosyjsku, że Zielińskiego nie ma, że „udrał”, co miało znaczyć, że uciekł. W tym czasie wielu uciekało na stronę niemiecką przez granicę koło Małkini. Mama przez długi czas myślała, że Ojciec też tą drogą przedarł się do Łodzi.

Znając Rosję, pamiętając bolszewicką rewolucję i czując że jesteśmy na cenzurowanym, po konsultacji z nauczycielką Mama postanowiła, żebym nie chodził do szkoły a douczał się w domu. Uważam, że była to słuszna decyzja. Szpiegostwo sowieckie bardzo lubiło penetrować szkoły.

Mama pracowała w telegrafie. Z racji znajomości języka rosyjskiego pełniła funkcję korektora sprawdzającego poprawność rosyjskich tekstów. Nieraz mówiła, że znajomość ortografii i gramatyki u Rosjan, którzy nas najechali, nie zawsze była dostateczna.

Wreszcie otrzymaliśmy list od Ojca z Uchty w Republice Autonomicznej Komi. Ojciec był także w sławetnej Workucie nad Oceanem Lodowatym. List był krótki na blankiecie depeszowym. Ojciec prosił o jakąś paczkę, którą najprawdopodobniej mu doręczą. Mama zdążyła wysłać mu dwie paczki. Znając stosunki na sowieckiej poczcie dla pewności załatwiła tak, że paczki nadane były z terytorium sowieckiego, chyba z Mińska. Pierwszą paczkę dała jakiejś kobiecie jadącej do Rosji, dając jej przy tym coś za fatygę. Drugą paczkę dała Mama jakiemuś sowieckiemu oficerowi z poczty, który właśnie jechał do Rosji służbowo. Był to nieco nobliwy jegomość więc mama dała mu za usługę książkę Tołstoja po rosyjsku wydaną przed rewolucją. Wziął ją bardzo chętnie.

Ojciec paczki otrzymał i dzięki temu przeżył. Pisał o tym po wojnie z Anglii. W jednej z paczek była watowa kołdra i to właśnie ona uratowała ojca w czasie jakiegoś przemarszu w trzaskający mróz. Kiedy nocowali w jakiejś prymitywnej szopie kolega leżący obok Ojca już się nie obudził. Ojcu tylko włosy trochę przymarzły do ziemi.

Tak więc list od Ojca z łagru rozwiał nasze złudzenia, że siedzi sobie spokojnie w Łodzi. Następny sygnał otrzymaliśmy od Ojca kiedy byliśmy już pod okupacją niemiecką, chyba w 1942 r. Zupełnie nieoczekiwanie otrzymaliśmy paczkę z Turcji, nadaną z Iranu bodajże w ramach akcji Czerwonego Krzyża. Była to blaszana puszka z żółtym, słonym smalcem. Smalec jak smalec, ale wiadomość była cenna.

(…)

Pominę opisywanie całej pikanterii związanej z półtoraroczną sowiecką okupacją, natomiast przejdę w tym miejscu do kilku dość ważnych dla mnie wspomnień z połowy 1941r.

Z wolna zaczęły dochodzić do nas wiadomości o wysyłkach Polaków w głąb Rosji. Na wsiach odbywało się to bezceremonialnie. Kazali ładować się na wozy i hajda. W Białymstoku początkowo robili to dyskretnie, ale w krótkim czasie już całkiem jawnie, a w maju i czerwcu 1941 r. z bardzo dużym rozmachem. Pełne towarowe pociągi z zesłańcami („bydlęce wagony”) odchodziły z miasta regularnie. Mieszkaliśmy przy ul. Piasta 82. Do stacji położonej po wschodniej stronie miasta było od nas blisko. Pogoda była wtedy piękna, ale nad miastem wisiała jakaś chmura grozy.

Poszedłem z kolegą na stację, by zobaczyć jak wyglądają wysyłki. Wśród zabudowań i parkanów, na stercie podkładów kolejowych znaleźliśmy bezpieczny punkt obserwacyjny. Kilkadziesiąt metrów od nas stał pociąg złożony z wagonów towarowych mających małe, okratowane okienka tuż pod dachem. Na szerokim peronie było pełno NKWDzistów. Stali lub wolno spacerowali. Błękitne krążki ich czapek przyciągały mój wzrok. Słońce prażyło. Byłoby spokojnie i leniwie gdyby nie krzyk jakiegoś mężczyzny, wydobywający się z okienka wagonu: „wody, wody, wody…” Boże, jak mu pomóc? Nagle na peronie pojawił się chłopak w naszym wieku trzymający butelkę z wodą. Jeden z NKWDzistów próbował go zatrzymać, ale robił to niezbyt energicznie więc chłopak podszedł bliżej wagonu. Tu spotkał go jakiś kolejarz. Coś chłopcu tłumaczył, pewnie to, że tu nie wolno chodzić. Chłopiec pokazał na rękę wyciągniętą z okienka, potem wspinał się, miał trudności, aż wreszcie butelka powędrowała do wagonu. Kolejarz dawał znaki ręką, by chłopiec więcej tu nie przychodził.

Bliżej nas stała grupka wyższych oficerów NKWD. Wydawało mi się, że niecierpliwie czekają, aż pociąg wreszcie ruszy i nie będzie słychać krzyków.

Wracaliśmy przygnębieni. Opowiedziałem Mamie co widziałem, na co Mama ze spokojem i jakby w zadumie powiedziała mi, że my już dawno jesteśmy na liście zesłańców, tylko że nie wyznaczyli nam jeszcze daty wyjazdu.

Jestem przekonany, że odkładanie naszej zsyłki było związane z fachowością Mamy. Była im potrzebna jako wysoko wykwalifikowana telegrafistka znająca bardzo dobrze język rosyjski.

Korzystając z dobrych układów w pracy któregoś dnia Mama dowiedziała się w tajemnicy, że termin już jest – noc z 21 na 22 czerwca. Było kilka dni czasu na przygotowanie tobołów. 21 czerwca Mama wróciła z pracy pogodzona z tym, co ma się stać.

Dziś w nocy…

Wieczorem toboły były już przygotowane. Mama nie położyła się spać. Usiadła przy moim łóżku zwrócona twarzą do okna. Leon uciekł gdzieś. Postanowił, że będzie się ukrywał.

Zasnąłem. Gdy się ściemniło zaczęły, jak co noc jeździć samochody ciężarowe. Ich warkot trochę wytrącił mnie ze snu. Jednocześnie słyszałem głośno wypowiadane słowa modlitwy. To Mama. Aż tu naraz stało się coś zaskakującego i przerażającego. Usłyszeliśmy serie strzałów z karabinów maszynowych i jakieś wybuchy. Modlitwa Mamy przeszła w lament. Pewnie już nie zabierają tylko rozstrzeliwują na miejscu.

Serie strzałów powtarzały się, warkot samochodów nagle ucichł. Nad ranem strach nieco minął, ale pozostało pytanie, co to było? Na jasnym niebie widać było krążące samoloty. Czasem któryś samolot strzelał, a inny dymiąc spadał na ziemię. Początkowo Rosjanie mówili, że to manewry, ale kiedy zaczęli uciekać wiedzieliśmy już, że to jakaś karząca siła przepędza ich w momencie, gdy popełniali zbrodnię.

Odczuliśmy katarsis. Rosjanie uciekali w popłochu. Z okna na pierwszym piętrze, przy którym Mama się modliła pamiętnej nocy, obserwowałem watahy żołnierzy sowieckich idących pospiesznie bez broni. Jeden był w gaciach, inny szedł boso.

To za naszą krzywdę – myślałem.

Żołnierze niemieccy pędzili sowietów tak, jakby bawili się w pogoń za lisem. Front przesuwał się z taką szybkością, na jaką pozwalało podciąganie tyłów.

Zdziwiło nas to, że Niemcy nie chcieli lub nie umieli zdyskontować przychylności, jaką zyskali na terenach wschodnich w pierwszych dniach po napadzie na Rosję. Wylazła z nich buta. Popadliśmy w nową, zbrodniczą okupację.

Wprawdzie nie wszystkim, ale wielu Polakom gnębionym w Rosji, wojna niemiecko-sowiecka przyniosła wolność. Wśród nich był mój Ojciec „amnestionowany” na podstawie umowy Sikorski – Majski.

(…)

Niemcy wysyłali młodzież na roboty do Niemiec lub do Prus. Jedni trafiali znośnie, inni źle. Leon trafił bardzo źle. Praca była bardzo ciężka przy wyrębie lasu, a warunki podłe. Wysyłaliśmy mu paczki.

W domu była nędza, ale zbierało się jakieś kawałki chleba, trochę marmolady z brukwi (niemiecki wynalazek) lub margaryny. Czasem trafił się kawałek słoniny. Innym ludziom wiodło się lepiej niż nam.

Podtrzymywałem Leona na duchu korespondencyjnie. Słałem mu dość dużo listów. Pamiętam nawet adres: wieś Uszballen Tilsit-Ragnit, a więc gdzieś koło Tylży przy litewskiej granicy.

(…)

W Białymstoku byliśmy sami, bez rodzinnego zaplecza. Całe szczęście, że Mama miała co sprzedawać. Cały dorobek przedwojennych czasów poszedł na wymianę na żywność. Nabywcami byli głównie chłopi. Wywozili z miasta wszystko, co im w oko wpadło. Płacili wiktuałami.

(…)

Mama nie umiejąc przepychać się łokciami, z trudem, ale jakoś dawała sobie radę, tzn. walczyła o przetrwanie w warunkach skrajnej nędzy. Należy dodać, że także Babcia, mająca wówczas osiemdziesiąt kilka lat, dzielnie przeciwstawiała się biedzie. Mając – dzięki Bogu – zdrowe nogi odbywała wędrówki do pobliskich wsi po mleko.

Latem 1943 r. około dwóch miesięcy przebywałem na wsi w kolonii Zabłudów. Wziął mnie do pilnowania krów pewien dość kulturalny rolnik. Fizycznie bardzo odżyłem, ale miałem tam przykry wypadek, trochę z mojej winy. Poturbował mnie młody byk, którego próbowałem tresować.

(…)

Inną niebezpieczną zabawą, w którą się z pasją wdałem, było chodzenie po pobojowiskach i zbieranie porzuconej przez Rosjan broni. Niektórzy ojcowie moich kolegów (sierżanci Wojska Polskiego) patrzyli na nasze zabawy przychylnym okiem. Jeden z nich powiedział: zbierajcie, to wszystko się przyda.

Jednakże Mama była temu zdecydowanie przeciwna. Pamiętam, że byliśmy nieostrożni, a okazji do wpadki było mnóstwo. Chyba tylko Opatrzność nas uchroniła od nieszczęścia.

(…)

Pod koniec lata wróciłem ze wsi. Miasto było ponure i przepojone grozą. Niemcy likwidowali getto. Krążyły po mieście makabryczne wieści. Widziałem konające getto z odległości kilkudziesięciu metrów. Dochodziły stamtąd jakieś pojedyncze strzały. Usłyszałem także jeden, ale jakże przeraźliwy krzyk. W jakiej sytuacji był człowiek, który tak krzyczał i co się z nim stało?

Ten krzyk był chyba ostatnim przejawem życia w getcie, które wkrótce „oczyszczono” i otwarto. Potem do opustoszałych domów Niemcy sprowadzili Ukraińców i Białorusinów ze wschodnich terenów Polski. Prawdopodobnie chodziło o nową siłę roboczą. Mnóstwo Ukraińców było w różnych niemieckich formacjach militarnych, z których najsławniejszą była dywizja SS-Galizien.

Niemcy wprowadzili obowiązek pracy od czternastego roku życia. Poszedłem do pracy nie mając pełnych 14-tu lat, bo bieda w domu była ogromna. Każdy grosz się liczył. Trafiłem do elektrowni białostockiej.

(…)

Trafiłem do ciekawego i sympatycznego środowiska. Początkowo pracowałem w warsztacie ślusarskim u bardzo dobrego majstra. Prócz mnie w brygadzie było jeszcze trzech starszych ode mnie chłopców. Uczyli się na tajnych kompletach, przynosili mi książki i naganiali mnie, żebym też zapisał się na komplet. Nic z tego nie wyszło, bo komplet, do którego się zgłosiłem właśnie się rozpadł. Najstarszy z kolegów był w AK. Wiosną 1944 r. poszedł do lasu. Spotkałem go raz, jak chyłkiem przemykał przez naszą ulicę i pamiętam jego słowa: „ty mnie nie widziałeś”.

Po jakimś czasie przenieśli mnie do laboratorium licznikowego niby czasowo, ale zostałem tam do końca. W laboratorium pracowałem z Andrzejem Kmicic-Skrzyńskim, synem generała przebywającego w oflagu. Pan Andrzej studiował w tajnej politechnice w Warszawie. Wziął się też i za moją edukację. Przerabialiśmy program piątej klasy. Do laboratorium schodzili się pracownicy innych działów na pogaduszki i… bimber. Ale nie tylko pili bimber, czasem popełniali coś w rodzaju małego sabotażu, o czym wiedziałem, bo stawiali mnie na czatach.

Chcąc jednym tchem, choćby tylko częściowo scharakteryzować koloryt okupacyjnego życia, oprócz tego o czym już wspomniałem, mógłbym jeszcze dodać: zwożenie drzewa z lasu, podkradanie węgla na kolei, hodowanie królików w komórce i walka ze szczurami, chodzenie na bazar ze starymi, łatanymi ciuchami, gdzie do stereotypowego „no i komu, komu” dodawałem teksty własnej kompozycji w rodzaju „najnowszą, najmodniejszą, sezonową fufajkę do pracy i na niedzielę”, gry w piłkę z kolegami, majsterkowanie i czytanie, czytanie, czytanie.

W czerwcu 1944 r. Niemcy zaczęli wycofywać się z Białegostoku. Robili to spokojnie i metodycznie. Zadziwiający był ten ich spokój i dokładność w niszczeniu wojskowych linii telefonicznych, torów kolejowych, lotniska itp. Pełno huku było przez kilka dni. Oczywiście całą tę pirotechnikę starałem się obserwować z możliwie najbliższej odległości. Pod Białymstokiem Niemcy stawiali opór. Odgłosy tej bitwy dochodziły do nas. Następnego dnia naszą ulicą wycofywał się niewielki oddział żołnierzy niemieckich. Do grupki gapiów stojących na ulicy jeden z żołnierzy powiedział po niemiecku: my tu jeszcze wrócimy. Po dłuższym czasie pojawiło się kilku żołnierzy ukraińskich, walczących po stronie niemieckiej. Prowadzili chłopską furkę, na której leżał ranny, owinięty bandażami. Ci wykazywali pośpiech.

Nastała cisza i niepewność, aż do świtu następnego dnia. Tej nocy prawie nie spałem. Po godzinie 3-ej w nocy zrobiło się szaro i mogłem wyraźnie dostrzec dwóch przemykających pod parkanami mężczyzn z bronią w cywilnych ubraniach. Szli w dużym odstępie od siebie i czujnie rozglądali się dokoła. Po pewnym czasie, kiedy już bardziej się rozwidniło, zobaczyłem zwartą grupkę żołnierzy sowieckich, idącą środkiem jezdni. Jeden przy drugim, niczym rój pszczół na gałęzi. Kilka kroków za nimi szedł oficer – Gruzin trzymający w ręce mapkę polową, a na brzuchu wsiała mu otwarta kabura pistoletu. Zerkał to na mapkę, to na żołnierzy, to na pistolet. Potem dowiedziałem się, że była to „sztrafnaja rota”, czyli oddział skazańców wysłanych za karę na pierwszą linię frontu. Po jakimś czasie pojawili się żołnierze idący luzem, nie pilnowani. Około godziny 6-ej rano przez naszą ulicę zaczął się przemarsz głównego nurtu 2-ego Frontu Białoruskiego. Przemarsz trwał do około godziny 14-tej. Ludzie, samochody, wozy konne – to wszystko szło, szło, szło gęstym szeregiem. Były jeszcze dwa inne nurty tego frontu wlewające się do miasta.

To mrowie ludzi było przytłaczające. Pojawiło się też jakieś Wojsko Polskie z dziwnymi orzełkami na czapkach. W jakiejś ulotce przeczytałem, że będzie Polska demokratyczna i suwerenna, lepsza niż ta przedwojenna. Zaczęła się propagandowa i polityczna kołomyjka połączona z aresztowaniami i zbrodniami. Z powodu karabinu, jaki miałem schowany w komórce o mało nie trafiłem na Syberię. Nie bardzo wiedzieliśmy co się święci, ale chcąc nie chcąc musieliśmy się pogodzić z tym co jest i zacząć myśleć o przyszłości. Mama wróciła do pracy w telegrafie, a ja poszedłem do szkoły. Front zatrzymał się na Wiśle i stał nieruchomo przez prawie pół roku. W tym czasie Niemcy spokojnie niszczyli Warszawę.

W czasie zimowej ofensywy, kiedy większość Polski była już wyzwolona Mama zdecydowała, że wracamy do Łodzi. Pociągi jeszcze nie chodziły. Mama uzyskała zezwolenie na przejazd ambulansem pocztowym do Warszawy. W pierwszych dniach marca 1945 r. byliśmy w Łodzi.

Bohdan Zieliński

Album rodzinny „Pół wieku”

Łódź, 1990

Animated Social Media Icons by Acurax Wordpress Development Company