Publicystyka

Zapomniane dzieci Łodzi

W Parku imienia Szarych Szeregów w Łodzi stoi pomnik znany jako „Pęknięte Serce” – Pomnik Martyrologii Dzieci. Upamiętnia więźniów pobliskiego obozu przy ul. Przemysłowej – jedynego w Polsce obozu koncentracyjnego przeznaczonego wyłącznie dla polskich dzieci. Obóz rozpoczął działalność na podstawie zarządzenia Heinricha Himmlera z 1941 roku, w kwadracie obecnych ulic: Emilii Plater, Brackiej, Górniczej i Zagajnikowej. Obszar obozu został otoczony wysokim drewnianym płotem wykonanym przez żydowską brygadę budowlaną wziętą z pobliskiego getta. Pierwsi mali więźniowie przybyli tutaj 11 grudnia 1942 roku.

Łódź, przyłączona po wybuchu wojny do III Rzeszy, zgodnie z planami Niemców miała zostać szybko zgermanizowana. Miasto miało stać się miastem modelowym pod względem germanizacji, dobrze połączonym siecią komunikacyjną z pozostałymi terenami w niemieckiej strefie wpływów. Do obozu przy ul. Przemysłowej przybywały zatem dzieci zarówno z terenów włączonych do III Rzeszy jak i z Generalnej Guberni. Zarządzenie Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy mówiło, że do obozu powinno się kierować „przestępców lub dzieci zaniedbane od 8 do 16 lat”. Szybko jednak granica została obniżona do 6 roku życia, choć byli więźniowie wspominają nawet dzieci dwuletnie! By trafić do obozu wystarczył wniosek funkcjonariuszy, w którym argumentowano, że dziecku groziło „zaniedbanie”, gdyż rodzice znaleźli się w obozie koncentracyjnym. Wystarczyło podejrzenie rodziców o współpracę z ruchem oporu lub by rodzice nie podpisali Volkslisty. Jako uzasadnienie podawano też upośledzenie fizyczne bądź psychiczne dziecka, wagary, handel lub kradzieże. Dzieci trafiały do obozu za żebranie lub za kradzież chleba albo kartofli z transportu. Czasem wystarczyło być po prostu polskim dzieckiem, by trafić do obozu przy ul. Przemysłowej. Trafiały tu bezdomne dzieci zatrzymane na ulicach, drogach i dworcach kolejowych, osierocone w wyniku zabicia bądź wywozu rodziców na roboty przymusowe do Niemiec. Osobną grupę stanowiły dzieci członków ruchu oporu i więźniów politycznych, które Niemcy uważali za „dzieci terrorystów polskich”. Do obozu kierowano również dzieci Polaków wysiedlonych z różnych regionów Polski. Po ukończeniu 16 lat dzieci wywożono stąd do obozów koncentracyjnych dla dorosłych. Część z nich trafiła bezpośrednio do KL Auschwitz.

przemyslowa_dzieci

– Wszystkie dzieci ubrane były w obozowe mundurki. – Były takie szare, z drelichu. Żadnej bielizny, skarpet. Zamiast butów drewniane trepy. Zima, lato – jednakowo. Głowy ogolone i takie czapeczki. Nie było tatuowanych numerów ani naszywek z numerem na ubraniu. Każdy z nas miał powieszony na szyi numer napisany na tekturze – wspomina Karol Kowalski, jeden z byłych więźniów.

Dzieci mieszkały w barakach zbitych z desek – tak zimnych, że zimą zamarzały w nich podłogi. Główną dewizą obozu było „wychowanie przez pracę i dyscyplinę”. Dzień rozpoczynał apel o 6 rano, po którym prowadzono dzieci do pracy. Chłopcy prostowali igły, wyplatali koszyki, buty ze słomy, naprawiali tornistry, produkowali części do masek gazowych oraz elementy plecaków. Dziewczynki pracowały w pralni, kuchni, pracowni krawieckiej i w ogrodzie. Praca trwała nawet 12 godzin, ustalano dzienną normę do wykonania.

– Całą rozbudowę obozu przeprowadziły dzieci. Robiły drogi, nosiły kamienie, ciągnęły walec do ubijania ziemi. Jeden siedział na tym walcu i poganiał tych, którzy ciągnęli walec. A jak słabo poganiał, to dostawał baty, że źle pogania – wspomina pan Karol.

Ciężką pracę administracja obozowa nagradzała wyżywieniem. Dzienną rację żywnościową stanowiła porcja chleba (100-150g) i pół litra czarnej kawy na śniadanie i kolację, na obiad zaś litr zupy z brukwi, liści buraków lub kapusty. Więźniom przebywającym na „izbie chorych” przysługiwała połowa racji żywnościowej, a jedną z powszechnie stosowanych kar było całkowite lub częściowe pozbawianie posiłków. Do obozu rzadko przychodziły paczki żywnościowe od rodzin. Jeśli już przyszły, nigdy nie trafiały one do dzieci. Żywili się nimi głównie SS-mani i wartownicy. Żywności ciągle brakowało, a tym, co było SS-mani handlowali z głodującymi Żydami z pobliskiego getta.

– Na terenie obozu były drzewa owocowe, ale nie wolno było nic podnieść. To zapamiętałem, jakby to było teraz. Jeden chłopiec podniósł jabłko. Jak podszedł SS-man, jak go uderzył, to chłopak dosłownie podskoczył do góry i puściła mu się krew nosem, ustami, uszami. Ten go tylko kopnął, przerzucił i już później tego chłopca nie widziałem – opowiada pan Karol.

Mycie odbywało się na dworze, niezależnie od pogody. Zarówno mydło, jak i świeża bielizna należały do rzadkości. Pomimo to, wszy i brud wśród więźniów były karane chłostą bądź pozbawieniem posiłku. Najgorsze warunki sanitarne panowały w budynku nr 8, gdzie umieszczane były dzieci moczące się w nocy. Gdy wspomniane kary nie pomagały, władze obozowe uznały moczenie się za akt nieposłuszeństwa i wydzieliły dla tych „kłopotliwych” dzieci specjalny budynek. Tam spały na gołych deskach, które nie wysychając, gniły, a do dyspozycji miały wyłącznie koc, toteż spały w mokrych ubraniach i bieliźnie. Dzieci dostawały obrzęków, a mimo to nie były kierowane na „izbę chorych”. Ów oddział dla chorych tak po latach wspomina jeden z więźniów:

„Stara chałupa, drzwi pozbijane z desek, okna niektóre powybijane, długa prycza wzdłuż ściany, jeden koc dla wszystkich, gołe deski. Zimą śnieg tańczył po sali. Mieszkali tam tacy na pół umarli. Dzieci chodziły jak trupy trzymając się ściany. Były jęki konających, że spać nie było można. Najwięcej dzieci umierało tam z głodu i wycieńczenia zimą. Pamiętam jak jeden konał przez 3 dni.(…) Wołał matkę, a wszyscy płakali. Przyszła lekarka, Niemka w mundurze, i kijem zrzuciła z niego koc, który był przylepiony do piersi, bo mu ropiało, zerwała ciało i widać było kości. Żył jeszcze. Zabrano go do koca i wyniesiono do trupiarni.”

Tragiczne warunki sanitarne doprowadziły do dwóch dużych epidemii: duru brzusznego i plamistego w 1943 roku oraz epidemii jaglicy w maju 1944 roku. Początkowo władze obozowe próbowały je zataić, jednak wobec wzrostu zachorowań sprowadzono z getta czeskiego pediatrę, dr. Vogla. Mimo chęci nie mógł on zdziałać wiele ze względu na brak podstawowych leków. Brakowało podstawowego wyposażenia apteczek jak opatrunki czy jodyna. Do odkażania ran służył lizol. Z powodu coraz liczniejszych zgonów ogłoszono kwarantannę, a chorych zaczęto wywozić do szpitala w getcie przy ul. Matrossenstrasse (obecnie ul. Organizacji Wolność i Niezawisłość), opróżnionego na polecenie władz z pacjentów żydowskich.

Kadra obozowa rekrutowała się częściowo z Niemców przybyłych z Rzeszy: urzędników lub członków SS, wojskowych lub policjantów. Jednak niektórzy „wychowawcy” rekrutowali się z miejscowych folksdojczów – tak jak Sydomia Bayer oraz Genowefa (Eugenia) Pohl vel Pol, która przed wojną pracowała z dziećmi, a po wojnie podjęła pracę… w żłobku. Pewnego dnia po wojnie, zupełnie przypadkowo została rozpoznana przez jedno z dzieci, które przeszło obóz, stojąc w kolejce do sklepu w Pabianicach. Jej proces odbył się w Łodzi w 1974 roku. Została skazana na 25 lat więzienia. Wyrok odsiadywała m.in. w Rawiczu, do końca twierdząc, że padła ofiarą „spisku”. Zwolniona na początku lat 90. wróciła do Łodzi, zamieszkała na Dąbrowie, gdzie zmarła w 2003 roku. Sydomia Bayer i Edward August, jeden z nadzorców, zostali skazani na karę śmierci po zakończeniu wojny. Oba wyroki wykonano. Odznaczali się szczególnym okrucieństwem. Edward August, po wkroczeniu Niemców do Łodzi w 1939 roku podpisał Volkslistę i wstąpił w szeregi SS. W obozie pracował rok. Za byle przewinienie skazywał na karcer, gdzie dzieci bez jedzenia i wody przetrzymywane były przez wiele dni brocząc po kostki w cuchnącej wodzie. Jego zachowania wobec dzieci były tak bestialskie, że nawet inni SS-mani niejednokrotnie interweniowali w obronie małych więźniów. W końcu został usunięty z obozu. Sydomia Bayer była kierowniczką oddziału dzieci małych oraz oddziału dziewczęcego. Nazywano ją „Frau doktor”, ponieważ pełniła w obozie nadzór lekarski. Była najokrutniejszą z „wychowawczyń”. Jej „leczenie” polegało na wywlekaniu chorych nagich dzieci na śnieg, biciu kijem i polewaniu zimną wodą. Maria Jaworska wspomina:

„W lutym 1944 roku Bayerowa wypędziła na dziedziniec bosą dziesięcioletnią dziewczynkę – Teresę Jakubowską, za to że ta się zmoczyła. Biła ją i polewała zimną wodą. W kilka dni po tym zajściu Teresa zmarła.” W odnalezionych dokumentach obozowych, w akcie zgonu Teresy Jakubowskiej jako przyczynę śmierci wpisano gruźlicę.

Trudno ustalić, ile dzieci przeszło przez obóz „na Przemysłowej”. Szacuje się, że do 18 stycznia 1945 przewinęło się przezeń od kilku do kilkunastu tysięcy dzieci. Dokładna liczba ofiar nie jest znana, ponieważ hitlerowcy zabrali lub zniszczyli dokumentację obozu podczas ewakuacji. Obóz przestał funkcjonować 19 stycznia 1945, po wkroczeniu Armii Czerwonej. W tym czasie w obozie przebywało około tysiąca dzieci.

„Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć” – taki napis widnieje na płycie przed pomnikiem ofiar. Czy to jednak prawda? Łódź zdaje się bowiem nieświadoma tego rozdziału własnej historii. Rozdziału wstrząsającego, bo jak inaczej określić zbrodnię popełnioną na tysiącach niewinnych, bezbronnych dzieci. Wiedza współczesnych łodzian na temat dziecięcego obozu „na Przemysłowej” jest nieadekwatna do rozmiaru zbrodni. W latach 60. na terenie byłego obozu powstało osiedle mieszkaniowe. Do dziś zachował się jedynie budynek dawnej komendy przy ul. Przemysłowej 34, a na nim tablica pamiątkowa umieszczona w latach 70 . Łódź nie zabiega o pamięć o tym miejscu. We współczesnych publikacjach na temat obozu pełno jest nieścisłości, a pomnik „Pękniętego Serca” odwiedzają wycieczki młodzieży z Izraela, bo mówi się im, że to monument ku czci dzieci żydowskich. Zdaje się, że miastu nie zależy na tym, by pamiętać o polskich dzieciach. Co roku w Dzień Dziecka przed pomnikiem odbywają się uroczystości, na które przybywają członkowie Koła Byłych Więźniów Hitlerowskiego Obozu Koncentracyjnego Dla Dzieci i Młodzieży w Łodzi.

źródło: wpolityce.pl,

 http://wiadomosci.onet.pl/lodz/dzieciece-pieklo-przy-ul-przemyslowej/xlw9j

 

Marta Niemczyk

Social Network Widget by Acurax Small Business Website Designers