Publicystyka

Ofiary koronoparanoi

Przypadek pierwszy.
Emerytka dostała wysokiej gorączki. Żadnego kaszlu, kataru, „łamania w kościach”, nudności, bólu – kompletnie nic, po prostu od paru dni uparcie 39 stopni. Dzwoni do przychodni (Łódź, Retkinia), aby umówić się na wizytę, ale pani doktor odmawia przyjęcia. Każe zrobić test na koronawirusa. Nie chce słuchać, że kobieta nie miała kontaktu z nikim zakażonym ani chorym, nie ma żadnych objawów, a gorączka może towarzyszyć nie tylko chorobom układu oddechowego, ale właściwie każdej innej chorobie czy nawet przegrzaniu (w końcu jest lato, a na zewnątrz od kilku dni temperatura przekraczająca 30 stopni w cieniu). Żadnej dyskusji, zrobić test i koniec, musi jechać na Lublinek do punktu wymazowego. Jako że nie ma sensu kopać się z koniem, syn zawiózł ją do wskazanego przez lekarkę miejsca, a tam niespodzianka – punkt kiedyś był, ale już go nie ma. Zadzwonił z awanturą do przychodni, że chyba sobie jakieś żarty robią. Nie dość, że odmawiają przyjęcia pacjentki, to jeszcze każą jej jeździć do nieistniejących miejsc i zapytał, jak zamierzają to rozwiązać. Ostatecznie stanęło na tym, że kobieta ma siedzieć w domu i kolejnego dnia ktoś przyjedzie zrobić wymaz. W międzyczasie gorączka zniknęła, więc pani dzwoni ponownie do przychodni i mówi, ze ona już nie potrzebuje wizyty, ponieważ nic jej nie jest. O nie, nie ma tak dobrze, ma siedzieć w domu i czekać na wymaz oraz wynik. Wynik wyszedł negatywny, ale przez niemalże tydzień zdrowa kobieta siedziała bezprawnie zamknięta w domu, ponieważ lekarka miała taką fanaberię. Można powiedzieć, ze nic się nie stało. Tym razem nie, ale gdyby ta kilkudniowa wysoka gorączka była objawem czegoś poważniejszego, kobieta zdążyłaby umrzeć, a nie doczekałaby się wizyty u lekarza, bo test jest najważniejszy.

Przypadek drugi.

Pan lat 60+, jeszcze przed emeryturą, żle się poczuł, zadzwonił do siostry, w trakcie rozmowy zaczął bełkotać – udar. Pogotowie, pan wylądował na SOR (Warszawa). Wylądował i leżał tam na korytarzu 30 (trzydzieści) godzin, ponieważ najpierw trzeba zrobić test. Jego siostra tłumaczy, że przecież szczepiony, dwie dawki już miał, więc po co ten test i niech mu ktoś pomoże. Żadnej dyskusji, szczepionka jest nieważna, ważny jest test.
Obecnie pan jest „warzywem” – nie mówi, nie porusza się, prawdopodobnie słyszy. O ile miał jakieś szanse zaraz po przywiezieniu na SOR, to po tylu godzinach czekania na wynik testu, jakże niezbędnego do podjęcia leczenia, już ich nie ma. Stan bardzo ciężki, pacjent może przeżyje, a może nie. Może w szpitalu ktoś się nim zajmie, a może nie – sprawdzić się nie da, bo wejść nikomu nie wolno (jego siostra również podwójnie zaszczepiona, ale wg personelu szczepienie jest nieważne).

Pani opisanej w pierwszym przypadku nie znam, znam jej syna, który wkurzony opowiedział o tej sytuacji. Pana z drugiego przypadku znam osobiście. Jego wściekłą i bezsilną rodzinę również. W głowie mi się nie mieści, że lekarze, którzy przecież powinni leczyć, leczyć nie chcą, a płaczą, że za mało zarabiają. A za co mamy im płacić więcej? Za zlecenie testu? Test to każdy może sobie sam zlecić i nie potrzebuje do tego lekarza.

Lekarze namawiają do szczepień nie do końca przebadanym preparatem, bo wtedy „wróci normalność”, a kilka chwil później ci sami lekarze odmawiają zajęcia się zaszczepionym pacjentem, bo liczy się tylko test. To ta szczepionka w końcu działa, czy nie działa? Jeśli nie działa, to po co każą się szczepić i tępią wszystkich, którzy zadają jakiekolwiek pytania? A jeśli działa i faktycznie jest tak cudowna, jak nam wmawiają, to dlaczego po jej przyjęciu lekarze nie czują się wystarczająco bezpieczni, aby zająć się pacjentem, który nie ma aktualnego testu? Ktoś znowu robi panią lekkich obyczajów z logiki? Czy może po prostu kasa musi się zgadzać, a „pandemia” skończy się, gdy zarobią ci, którzy zarobić mają? A że po drodze umrze kilkaset tysięcy ludzi, kogo to obchodzi…

Autorka wyraża własne poglądy, nie jest jej przykro, jeśli ktoś czuje się urażony.

Social Media Integration by Acurax Wordpress Developers